Jesteś tutaj

Takie piękne życie. Portret Wojciecha Kilara

Autor: 
Wydawnictwo Niecałe

Najbardziej osobisty portret słynnego kompozytora – dwa lata po jego śmierci. Książka napisana przez Barbarę Gruszkę-Zych.

Autorka jest dziennikarką, która przeprowadziła z Wojciechem Kilarem najwięcej wywiadów prasowych. Ich znajomość wybiegała jednak poza spotkania zawodowe. Znana i nagradzana poetka, autorka znakomitych reportaży, wielokrotnie odwiedzała dom Kilarów, także za życia żony kompozytora. Łączyła ich niezwykła więź, której efektem jest znajomość domu, inspiracji i najgłębszych motywów działalności autora, nie tylko dotyczącej muzyki filmowej.

Całość książki skonstruowana jest niemal jak utwór muzyczny: napięcie rośnie przez cały czas, aż do finału. Szczególnie przejmująca jest opowieść o chorobie umieraniu pana Wojciecha – nieznane dotąd fakty z ostatnich chwil przed śmiercią to prawdziwa lekcja pokory wobec tajemnicy życia. Mocna, poruszająca literatura faktu.

Krzysztof Zanussi o książce:
„Kilar widziany z nieoczekiwanej perspektywy. Prywatny, bliski, a jednocześnie opisany przez pryzmat swojej duchowości. Aż dziw bierze, że tak odmienne perspektywy widzenia tego człowieka mogły się zawrzeć w jednym utworze. To wielka przysługa dla pamięci o Wojtku. Nikt niczego podobnego nie mógłby napisać”.

Przeczytaj:
Wstęp
Niedokończona symfonia

* * *

Barbara Gruszka-Zych, Takie piękne życie. Portret Wojciecha Kilara, Wydawnictwo Niecałe, Kraków 2015, s. 272.

Wstęp

Ta książka powstała w pewnym sensie pod presją. Po śmierci Wojciecha Kilara, wybitny okulista prof. Edward Wylęgała przysłał mi mejl: „Pani Basiu, jest pani oddelegowana do napisania książki o Wojciechu Kilarze. Mając na uwadze Świętych Obcowanie, nie będzie pisała pani sama”.

Krótko potem redaktor TVP Katowice Adam Kraśnicki poprosił, żebym opowiedziała przed kamerą o „swoim” Kilarze. Po nagraniu przekonywał mnie, że powinnam napisać coś większego o panu Wojciechu:
– Pani go znała, a ja chciałbym wiedzieć, jakim był człowiekiem. Ma pani obowiązek ocalić jego świat, myśli, sposób bycia.

Obu namawiających mnie do tej pracy uprzedził Bogdan Widera, który po tym, gdy za wywiad z Kilarem „Harmonia ducha” otrzymałam nagrodę SDP im. Macieja Łukasiewicza, przeprowadził ze mną rozmowę dla miesięcznika „Śląsk”. Nosiła wymowny tytuł: „Klucze do Kilara”. Nawiązywał nim do wypowiedzi samego kompozytora, który podczas jednej z naszych rozmów stwierdził, że znajduję do niego klucze. Dla dziennikarza to ogromny komplement, kiedy interlokutor przyznaje, że się otwiera dzięki zadawanym pytaniom. Zdałam sobie sprawę, że to działa w dwie strony, bo pan Wojciech też znajduje do mnie klucze i zaczynam mu się zwierzać.

Kolejnym zachęcającym mnie był muzyk Michał Fita – dyrektor Domu Kultury w Kuźni Raciborskiej, jeszcze niedawno punk i hardcorowiec, który nawrócił się, słuchając „Angelusa” Kilara. Opowiedział mi swoją przejmującą historię o tym, jak pod wpływem jego muzyki, zaczął odmawiać „Zdrowaś Maryjo”.
– Szkoda, że nie zdążyłeś mu tego przekazać – żałowałam.
– Kilar to już wie – odparł z przekonaniem.

Po naszym spotkaniu dołączył do grona nakłaniających mnie do pisania:
– Zachęcam cię do tego, bo mam wobec Kilara dług – wyjaśnił.

A gdy próbowałam się wymigać, tłumacząc się brakiem czasu, napisał mi po prostu: „To Pan Bóg daje czas”.

Do pracy zachęcał mnie też poeta Grzegorz Hajkowski, dla którego kompozytor od lat pozostaje ważny:
– Jak pisarz dziewiętnastowieczny musisz tę książkę napisać na zamówienie społeczne.

Kiedy już rozpoczęłam pracę nad książką, konstruktywną krytyką po lekturze kolejnych rozdziałów mobilizował mnie mój młodszy syn Błażej, student filozofii na Uniwersytecie Śląskim i Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach.

Pisząc, skupiałam się na tym, co powiedział mi kompozytor, ale przytaczam też głosy osób z jego najbliższego otoczenia, które uzupełniają moją opowieść. Przyznaję, że czasem były dla mnie zaskakujące.

Każde spotkanie z panem Wojciechem miało niespotykaną siłę. Podczas odwiedzin w jego domu przenosiłam się na kontynenty jego wyobraźni. Żegnając się z nim po dwóch, trzech godzinach, miałam wrażenie, że podróżowałam gdzieś do Ameryki. Mnie, dziennikarkę, przyzwyczajoną do nieustannej zmiany miejsc, fascynowało to, że nie muszę wędrować daleko, aby przebywać w tak różnych stronach.

Kiedyś rozmawialiśmy o tym, czy jest możliwe poczucie spełnienia po ukończeniu dzieła. Świadomość, że zrobiło się wszystko, co było można. Przypomniałam mu wtedy, co na ten temat powiedział mi Czesław Miłosz, kiedy radziłam się go, czy wydać tomik, dopytując się, jak poznać, czy jest naprawdę skończony: „Niech pani go wyda i popatrzy na niego, jak na już zamknięty kawałek czasu, który odszedł do przeszłości”. Te zapiski to też moja, zamknięta już przeszłość, do której mogę wracać, żeby się spotkać z Wojciechem Kilarem.