Jesteś tutaj

Stabat Mater Dolorosa. Kilka słów o muzycznym projekcie Witolda Janiaka i Adama Rymarza

recenzja płyty "Stabat Mater Dolorosa"
Autor: 
Marian Chalecki SDB

Stabat Mater Dolorosa to płyta zrobiona ze smakiem. Chrystus i ja, i nikt więcej... Taki obraz towarzyszy mi podczas słuchania tej płyty.

A już myślałem, że mnie nic nie zaskoczy w polskiej muzyce wielkopostnej. Zaznaczyłem polskiej, ponieważ nie schlebiając sobie jako Polakowi, uważam, iż możemy być naprawdę dumni z osiągnięć w tym zakresie. Niewiele bowiem krajów może poszczycić się tak bogatą muzyczną tradycją liturgiczną. Tradycją sięgającej do dawnej literatury, z której, jaka szkoda, korzystamy rzadko, preferując prostsze, wpadające w ucho tzw. piosenki hillsongowe. Nic przeciwko nim nie mam, no może trochę, ale to na innych artykuł. Warto dostrzec i docenić bogactwo religijnej kultury staropolskiej. Pieśni adwentowe, kolędy, pieśni maryjne oraz pieśni pasyjne, o których słów parę zamierzam napisać...

Była Antonina Krzysztoń i jej Pieśni postne (1992), Stanisław Soyka z Polskimi pieśniami wielkopostnymi (2001), Katarzyna Groniec w projekcie O duszo wszelka (właściwie był to projekt Ryszarda Wojciula z jakże uznanymi gośćmi). I wielu, wielu innych muzyków, mam nadzieję, że ci niewymienieni nie poczują się urażani, z racji tego, że ich pominąłem. Z pewnością każdy z projektów wielkopostnych wniósł wiele, a co najważniejsze, był i jest jakąś formą świadectwa.

Tym razem z pieśniami pasyjnymi zmierzył się duet Witold Janiak i Adam Rymarz. Z jakim skutkiem? Uważam, że warto mieć tę płytę w swojej kolekcji. Po pierwszym przesłuchaniu miałem wrażenie, że to efekt jakieś współpracy z Peterem Gabrielem – broń Boże, to nie zarzut! Wręcz przeciwnie. A tak przy okazji wielkiego postu polecam płytę Passion: Music for The Last Temptation of Christ, która pierwotnie miała być tylko ścieżką dźwiękową do filmu Martina Scorsese Ostatnie kuszenie Chrystusa. Pomijam całą polemikę wokół tego filmu, mam na uwadze wyłącznie samą muzykę. A ta jest naprawdę dobra. Niektórzy nawet uważają, że to najlepsza płyta Gabriela.

Jednak nie. To nie Gabriel. To Janiak. Czym mnie przekonuje płyta Stabat Mater Dolorosa? Emocjonalnością, oszczędnością dźwięków. Nikt tu nie „gwiazdorzy”, choć Witold Janiak (piano) i Adam Rymarz (głos) to muzycy o niemałym dorobku artystycznym. Wybierają ascezę, chroniąc nas tym samym przed swoistym przekombinowaniem utworów. Myślę, że zdawali sobie sprawę z trudności opracowania i wykonania utworów korzeniami sięgających tradycji staropolskiej.

Całość projektu tworzy niepowtarzalny klimat. Obawiałem się zderzenia jazzu z tradycyjnymi melodiami pasyjnymi, chociaż muzyka ludowa często w swojej nieregularności i nieprzewidywalności, brzmi bardziej jazzowo niż nam się wydaje. Obawy moje jednak były bezpodstawne. Stabat Mater Dolorosa to płyta zrobiona ze smakiem. Jak dla mnie, twórcy przyprawili ją doskonale. To prawdziwa strawa duchowa.

Ktoś może powiedzieć, dlaczego duet? Dlaczego nie kwartet, kwintet? Dlaczego tak oszczędnie, wręcz surowo? Może dlatego, że wielki post to szczególny okres w roku liturgicznym, bardzo osobisty. Oto ja – grzesznik staję przed krzyżem Chrystusa bezradny, zmęczony, często upokorzony. Staję przed Nim... i to już jest modlitwa. Rozmowa nas dwóch, Miłości Odwiecznej, która mnie ukochała aż po krzyż, i mnie, grzesznika... taka rozmowa nie potrzebuje szczególnych środków wyrazu.

Ubolewać mogę jedynie nad jedną rzeczą. W wersji live brzmiałoby to ekspresywniej, mocniej, wiarygodniej, powiem niemuzycznie – „pobożniej”. Absolutnie nie sugeruję, że na płycie takie nie jest. Spróbujmy sobie jednak wyobrazić wnętrze kościoła, w jego centrum ukrzyżowany Chrystus, półmrok, świece i człowiek pogrążony w zadumie, refleksji nad życiem, nad sobą. Chrystus i ja, i nikt więcej... Wiem, co piszę, bo właśnie w takiej scenerii Stabat Mater Dolorosa usłyszałem po raz pierwszy. I to wykonanie mocno do mnie przemówiło... a o to chyba najbardziej chodzi...