Jesteś tutaj

„Gość Niedzielny”: Dzieci na części

Autor: 
Gość Niedzielny

Handel narządami zabijanych ludzi – to jedna z tych rzeczy, która powinna wywołać skandal i zmusić do działania. I wywołała, choć trudno jeszcze ocenić, jakie będą jego skutki. - pisze Tomasz P. Terlikowski

W 32 numerze "Gościa Niedzielnego" między innymi

 

 

Prezydentura wielu wyzwań [Andrzej Grajewski]

Przed szóstym prezydentem III Rzeczypospolitej stoją wielkie wyzwania polityczne. Wyborcy oczekują, że Andrzej Duda zrealizuje swoje obietnice wyborcze, a przede wszystkim zmieni styl uprawiania polskiej polityki, coraz bardziej oderwanej od problemów przeciętnego obywatela. 


W swym programie wyborczym Andrzej Duda napisał, że traktuje start w kampanii wyborczej na ur ząd prezydenta RP jako rodzaj umowy programowej zawartej z wyborcami, z wykonania której będą mogli go oni rozliczyć. Ten czas właśnie się zaczął. 


Zadanie nr 1


Sam prezydent jasno dawał do zrozumienia, że już w pierwszym okresie pełnienia przez siebie tego urzędu zrealizuje swoje trzy podstawowe obietnice wyborcze, to znaczy przygotuje projekty ustawowego obniżenia wieku emerytalnego i powrotu do poprzedniego wieku, a także podwyższenia kwoty wolnej od podatku do 8 tys. złotych oraz wprowadzenia dodatku w wysokości 500 zł na drugie dziecko.

Prawo poza ideologią

O dramatycznym w skutkach wypieraniu z polskiego prawodawstwa zdrowego rozsądku przez ideologię z abp. Henrykiem Hoserem, ordynariuszem warszawskopraskim rozmawia Agata Puścikowska

Agata Puścikowska: Drugie rekolekcje na stadionie i znów tysiąc sprzecznych komentarzy. Do krytyki ze strony osób „kościelnie niezorientowanych” doszła ostra krytyka ze strony „ultrakatolików”. W prześmiewczym tekście na temat o. Bashobory przeczytałam, że podczas rekolekcji pewien kapłan „z butami wskoczył na ołtarz”.

Abp Henryk Hoser: Bardzo nieprawdziwe i nieuczciwe stawianie sprawy. Na strukturze służącej za ołtarz, już po Mszy św., stała monstrancja z Najświętszym Sakramentem. Właściwie była to podstawa pod monstrancję, w kształcie krzewu, rzeźbiona, wysoka na półtora metra i bardzo ciężka. Wcześniej przyniosło ją na ołtarz, z trudem, czterech kapłanów. Po Mszy św. jeden z księży rzeczywiście wszedł na podium, uwaga – bez butów – żeby z rzeźbionej podstawy wyjąć samą monstrancję. Oczywiście, było to zachowanie całkowicie spontaniczne i nieprzewidziane. Ksiądz pobłogosławił ludzi na stadionie Najświętszym Sakramentem na zakończenie adoracji. Wierni, znając kontekst sytuacji, nie widzieli nic niestosownego. Modlili się i wielbili… Dzięki temu wejściu – niejako na podest – ksiądz był lepiej widoczny, a co istotne: Najświętszy Sakrament był lepiej widoczny. Stadion to nie jest liturgia katedralna i podobne rozwiązania miały miejsce w czasie pielgrzymek papieskich, jako odpowiedź na potrzebę chwili. Zresztą uderzające jest zacietrzewienie osób krytykujących rekolekcje. Chociaż w większości nie uczestniczyły w wydarzeniu, pozwalają sobie negatywnie je komentować i dyskredytować. Oczywiście „z troski”. Delikatnie przypomnę, że na przykład św. Teresa wchodziła na ołtarz, całowała tabernakulum, pukała i pytała: „Jesteś tu, Jezu?”. Natomiast ojciec święty Jan Paweł II celebrował Msze św. na dnie odwróconego kajaka. I co potem? Nie wolno było tego kajaka używać i chodzić po nim? Niekonsekrowany ołtarz ze Stadionu Narodowego zaraz po rekolekcjach został rozebrany. Czasem odnoszę wrażenie, że komuś naprawdę zależy, by mocno krytykować wszelkie działania, w które bezinteresownie włączają się tysiące ludzi, a które to działania są zorientowane na nową ewangelizację.

Kropla w morzu [Jacek Dziedzina]

Po co najmniejszej wspólnocie wyznaniowej w Kairze potrzebny wielki teren wokół dużego kościoła? Na tym kawałku ziemi garstka katolików zmienia podejście Egipcjan do osób niepełnosprawnych umysłowo.

Szubra, północna dzielnica Kairu, właściwie jego przedmieścia. Zdecydowana większość mieszkańców to z jednej strony muzułmanie, z drugiej Koptowie. Kościołów chrześcijańskich jest tu od groma. Ale największa świątynia, z największym terenem, należy do maleńkiej wspólnoty rzymskokatolickiej, której proboszczem jest Polak, ks. Kazimierz Kieszek ze Stowarzyszenia Misji Afrykańskich. To pozostałość z czasów kolonialnych, gdy rzymski katolicyzm został tu niejako importowany przez Francuzów. Od ponad 30 lat jednak już wiadomo, po co tak duży teren. Parafia św. Marka od 1982 roku prowadzi tu ośrodek opieki dziennej dla dzieci niepełnosprawnych. Dzięki temu ich rodzice mogą podjąć pracę zarobkową. Niby proste, ale jakoś nikt wcześniej w Egipcie na to nie wpadł.

Autobus dla Szubry

Konia z rzędem temu, kto jest w stanie podać w miarę dokładną liczbę mieszkańców stolicy Egiptu. Ciągły napływ i odpływ ludności czyni to niemal niemożliwym. Można jedynie powiedzieć, bez większego przekłamania, że stałych, zarejestrowanych mieszkańców jest ok. 7 mln. Natomiast zespół miejski, tzw. Wielki Kair, zamieszkuje ponad 17 mln osób. W niektórych źródłach mówi się wprost o ponad 25 mln mieszkańców. Nie uwzględnia to wielomilionowej rzeszy, która każdego dnia przyjeżdża tu tylko do pracy lub w celu załatwienia interesów. W tym gigantycznym morzu ludzi nawet 10 proc. mogą stanowić osoby z różnym stopniem niepełnosprawności, wynikającym z wad genetycznych. Zdarzają się rodziny z dwójką lub trójką niepełnosprawnych dzieci. Dzieje się tak na skutek rozpowszechnionego w tamtejszej kulturze zwyczaju zawierania małżeństw przez kuzynostwo. Niepełnosprawne dziecko zazwyczaj jest traktowane przez egipskie społeczeństwo jako hańba dla rodziny, dlatego chowa się je przed światem. Ponadto konieczność pozostania w domu w celu opieki nad niepełnosprawnym dzieckiem uniemożliwia rodzicom podjęcie pracy zarobkowej. – Parafia rzymskokatolicka św. Marka w kairskiej dzielnicy Szubra podjęła jako pierwsza pionierskie, jak na tamtejsze warunki, działania, żeby to zmienić – mówi ks. dr Przemysław Marek Szewczyk z Domu Wschodniego, promującego w Polsce kulturę chrześcijańskiego Bliskiego Wschodu. Stowarzyszenie stale współpracuje z kairską parafią.

Aborcyjna banalność zła [Tomasz P. Terlikowski]

Handel narządami zabijanych ludzi – to jedna z tych rzeczy, która powinna wywołać skandal i zmusić do działania. I wywołała, choć trudno jeszcze ocenić, jakie będą jego skutki.

Banalne zło, które tak przenikliwie przed wieloma laty opisała Hannah Arendt, ma obecnie oblicze pracowników Planned Parenthood. Dr Deborah Nucatola – która między jednym a drugim łykiem wina i przegryzieniem sałatki opowiada, jak trzeba miażdżyć ludzkie ciała, by uzyskać możliwie najlepsze dla kupca organy z zabijanych dzieci nienarodzonych, czy dopytuje, narządami z jak rozwiniętych osób kupiec byłby zainteresowany – jest zwyczajna w swoim postępowaniu, zachowuje się jak setki, a może tysiące normalnych biznesmenów podczas biznesowego lunchu czy spotkania. Jest skupiona na potrzebach klienta, próbuje je zaspokoić. I tylko niechęć do podawania cen za usługi sprawia, że cień niepokoju o legalność postępowania może wkraść się do umysłu oglądającego zapis jej rozmów. Jednak dopiero gdy uświadomimy sobie, że rozmowa dotyczy handlu ludzkimi organami, które są pobierane w trakcie aborcji (niekiedy od żywych dzieci, które specjalnie abortowano tak, by dobić je po wyjściu z łona matek i korzystnie sprzedać ich narządy), dociera do nas, że to spotkanie ze zwyczajnym biznesowym lunchem miało mniej więcej tyle wspólnego, ile praca Adolfa Eichmanna ze zwyczajną logistyką. I być może właśnie z powodu tego kontrastu: normalności zachowania i zbrodniczości działania śledztwo przeprowadzone przez Centrum na rzecz Postępu Medycznego wywołało aż takie wrażenie i skłoniło biernych zazwyczaj w kwestiach aborcyjnych republikańskich polityków do postulatu odebrania Planned Parenthood dofinansowania z budżetu federalnego.

Bronić zbrodni do upadłego

Ale choć sprawa wydaje się oczywista – aborcyjny gigant łamie amerykańskie prawo, handlując narządami – osądzenie i skazanie (choć śledztwo w tej sprawie wszczęto już w kilkunastu stanach USA) czy choćby odebranie funduszy wcale nie będzie proste. Za plecami zwyczajnych funkcjonariuszy Planned Parenthood stoi bowiem potężne lobby polityczne, w którego skład wchodzą nie tylko prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama, ale także główna demokratyczna kandydatka na prezydenta Stanów Zjednoczonych Hillary Clinton, tysiące demokratycznych polityków, a nawet duchowni protestanccy.