Jesteś tutaj

„Gość Niedzielny”: Ekologia po Bożemu

Autor: 
Gość Niedzielny

Z zadyszką gonimy Europę, ale i tak pozostajemy w końcówce peletonu – to częsta spotykana w mediach diagnoza. „Polska przemieni Stary Kontynent. Bóg ma wobec was wielki plan” 
– zapowiadają charyzmatyczni rekolekcjoniści przylatujący nad Wisłę z całego świata. I kto tu ma rację

Nie ma ekologii bez antropologii [ks. Tomasz Jaklewicz]


Papież zabrał głos w obronie przyrody, wspólnego domu. Zwrócił uwagę, że ekologia ma sens wtedy, gdy widzimy wielkość człowieka, jego wyjątkowość, gdy chroniąc naturę, nie zapominamy o naturze ludzkiej i jej prawach. 


Papież idzie szlakiem wyznaczonym przez patrona swojego pontyfikatu. Staje po stronie ubogich, przynagla świat i Kościół do większej troski o ludzką biedę. Teraz, w swojej drugiej encyklice, wezwał wszystkich ludzi dobrej woli do zdecydowanej troski o ochronę środowiska. Tytuł dokumentu Laudato si’ pochodzi ze słynnej „Pieśni słonecznej” św. Franciszka, w której „przypomniał, że nasz wspól­ny dom jest jak siostra, z którą dzielimy istnienie, i jak piękna matka, biorąca nas w ramiona”. Środowisko naturalne jako wspólny dom – ten motyw powraca i on jest kluczem do zrozumienia wielowątkowej encykliki. Medialne spekulacje o antypolskim wydźwięku dokumentu, bo papież jest przeciwko korzystaniu z węgla, to bzdury. Sedno papieskiego przesłania sprowadza się do dwóch kwestii: z naszą ziemią nie dzieje się dobrze, niszczymy ją, nie myślimy odpowiedzialnie o następnych pokoleniach. To jest punkt wyjścia. Druga rzecz to wezwanie: poszukajmy wspólnie dróg do poprawy sytuacji, pokochajmy bardziej i uszanujmy Boży dar, jakim jest przyroda. Musimy dbać o nasz wspólny dom. Ekologia to moralne zobowiązanie każdego człowieka, nie zajęcie dla pasjonatów.
O ekologii jako moralnym zobowiązaniu pisali już poprzednicy Franciszka, ale żaden papież nie poświęcił temu tematowi encykliki. W tym sensie jest to całkowita nowość. Dokument wejdzie do zbioru tekstów społecznego nauczania Kościoła. 


Stąd wyszedł ten ogień [Andrzej Grajewski]


W zamienionym na więzienie klasztorze w Prudniku-Lesie kard. Wyszyński rozmyśla o położeniu Kościoła i Polski. Rodzi się w nim idea odnowienia Ślubów Jana Kazimierza 
z 1656 r. Rok później prymas napisze program, który zmieni losy Kościoła i narodu. 


Stąd wyszedł ten ogień, który później ogarnął cały kraj – przypomina o. Faustyn Zatoka, wikary domu w sanktuarium franciszkańskim św. Józefa w Prudniku-Lesie. Od wielu miesięcy trwają tam uroczystości 60. rocznicy uwięzienia prymasa Polski w tym miejscu. – Chcieliśmy wykorzystać tę rocznicę, aby wrócić do nauczania Prymasa Tysiąclecia, które zachowuje zaskakującą aktualność – dodaje o. Faustyn. 


Widać już owoce tych działań. Prudnik był dotychczas trochę na uboczu szlaku prymasowskiego uwięzienia, choć tutaj przebywał on najdłużej. Obecnie przyjeżdża do Prudnika coraz więcej pielgrzymek z całego kraju, nie brakuje także odwiedzin indywidualnych. 


Najciemniej pod latarnią [Marcin Jakimowicz]


Z zadyszką gonimy Europę, ale i tak pozostajemy w końcówce peletonu – to częsta spotykana w mediach diagnoza. „Polska przemieni Stary Kontynent. Bóg ma wobec was wielki plan” 
– zapowiadają charyzmatyczni rekolekcjoniści przylatujący nad Wisłę z całego świata. I kto tu ma rację?


Słucham podobnych głosów od dawna. Ich wspólny mianownik? „Polska ma ogromne znaczenie na duchowej mapie Europy i świata”. Takie deklaracje padają z ust katolików, protestantów. Przesadzają?
Rozwiązania są dwa: albo to jedynie zwrot grzecznościowy, rodzaj kokieterii i familiarne poklepanie polskiej publiki po ramieniu. Albo proroctwo.


Brat Roger, założyciel wspólnoty Taizé, twierdził, że przebudzenie religijne nastąpi dzięki Polakom. Podobne słowa słyszałem z ust ewangelizatora o. Daniela Ange.


Gdy przed laty przed kamerami Telewizji Polskiej Amerykanin ks. Richard John Neuhaus rzucił: „To, co dzieje się w Polsce, z punktu widzenia kultury, polityki, religii jest znacznie ciekawsze od tego, co dzieje się w Niemczech czy Holandii” – zapadła kłopotliwa cisza. „Polska stanowi laboratorium przyszłości – kontynuował pisarz i filozof polityki. – Od lat staram się o tym przekonać moich polskich przyjaciół, ponieważ bardzo często w kontekście Europy Polskę uważa się za kraj zacofany. Twierdzi się, że jest wczorajsza i najważniejsze pytanie brzmi, czy ten kraj będzie w stanie dołączyć do Brukseli. To kompletny nonsens. Polacy nie powinni się dać na to nabrać!”. 


Miłość największa [Joanna Bątkiewicz-Brożek]


Łza spłynęła mu po policzku, kiedy wpatrywał się w twarz Chrystusa odbitą na całunie. Potem całował twarze ludzi oszpeconych chorobą w Domu Opatrzności Bożej. Jadł obiad z więźniami i imigrantami, spał w pokojach dla bezdomnych. Franciszek w Turynie pokazał, jak szukać Boga w wielkim mieście.


W katedrze turyńskiej panuje półmrok. Snop światła rozjaśnia tylko wystawione tu Święte Płótno, którym owinięty był Chrystus. Przez dwa miesiące przechodziły tędy tłumy. W długiej kolejce (trzeba było się do niej zapisać) szły dzieci, szli dorośli, bezdomni, biznesmeni, kobiety w ciąży, zakonnice i księża. Szli w ciszy, ze wzrokiem wbitym w cienki kawałek materiału. Zmagali się, by dostrzec rysy twarzy Ukrzyżowanego. Papież Franciszek nie spędził tu więcej czasu niż oni. Chciał być sam. Wszedł do katedry dziarskim krokiem. Kiedy podszedł pod ukryte pod pancerną szybą płótno, zgasły światła. Papież usiadł w fotelu. Wpatrywał się w całun. Nagle wstał, podszedł do niego, wspiął się na palce, by choć końcem dłoni dotknąć relikwii. 


Na placu w czasie Mszy św. mówił: „To ikona miłości. Pozwólmy Bogu spojrzeć na nas przez tę ikonę”; „Całun przyciąga do oblicza umęczonego Jezusa i popycha ku obliczu cierpiących i niesprawiedliwie prześladowanych”. Papieska pielgrzymka do Turynu była pełna znaków i symboli, jakby wyjętych z Ewangelii.