Jesteś tutaj

„Gość Niedzielny”: Ostatni dogmat

Autor: 
Gość Niedzielny

Słońce tańczyło tak jak w 1917 roku. Konsekrowany na biskupa w dniu pierwszego objawienia w Fatimie papież Pius XII ogłosił wobec półtoramilionowego tłumu dogmat: Maryja została w-niebo-wzięta.


W 33 numerze "Gościa Niedzielnego" między innymi

 Prosto do nieba! [Marcin Jakimowicz]

Słońce tańczyło tak jak w 1917 roku. Konsekrowany na biskupa w dniu pierwszego objawienia w Fatimie papież Pius XII ogłosił wobec półtoramilionowego tłumu dogmat: Maryja została w-niebo-wzięta.


W roku 1950 wykrwawiona Europa lizała rany po wojnie. Wciąż nie mogła otrząsnąć się po apokalipsie, która pochłonęła wedle różnych szacunków od 50 do 75 mln ludzi i pozostawiła po sobie ruinę materialną i moralną. Od dwóch lat istniało państwo Izrael, a Żydzi z całego świata tłumnie ściągali do spieczonej słońcem Ziemi Świętej. Kościoły w Europie Zachodniej były pełne. Ludzie szukali odpowiedzi w Kościele. – Sytuacja historyczna przyczyniła się do tego, że był to jeden z najbardziej przychylnych okresów dla umocnienia niespotykanego wcześniej prestiżu, którym cieszyła się Stolica Apostolska – przypomina włoski historyk Roberto de Mattei.


Trwał ustanowiony przez papieża Rok Jubileuszowy, a szczytowym momentem tego świętowania było ogłoszenie dogmatu o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny. Uczynił to uroczyście papież Eugenio Pacelli 1 listopada 1950 roku. 
Plac św. Piotra i ulice Wiecznego Miasta wypełnił tego dnia ponadpółtoramilionowy tłum. – przypomina włoski historyk Roberto de Mattei.

Gwałtownicy do królestwa!

O desperackim czekaniu na uzdrowienie i zapłaconym rachunku z Marcinem Zielińskim rozmawia Marcin Jakimowicz


Marcin Jakimowicz: Na zewnątrz 33 stopnie, więc zaczniemy od upalnych klimatów. Cała rodzina rusza na plażę, tylko Marcin Zieliński zostaje w pensjonacie…


Marcin Zieliński: Wiem, do czego zmierzasz. (śmiech) W 2009 roku pojechaliśmy z rodziną do Karwieńskich Błot. To było dwa lata po moim nawróceniu. Miałem wtedy nieprawdopodobny głód obecności Boga. Żywe pragnienie, by wszędzie, gdzie będę spacerował, Bóg dotykał ludzi. Postanowiłem sobie, że każdego dnia zarezerwuję sporo czasu na modlitwę i zanim ruszę nad morze, spędzę czas z Bogiem.


I modliłeś się, żeby przy okazji lało, by łatwiej było wytrwać w czterech ścianach…


Nie. (śmiech) Cieszyłem się, że rodzina szła na plażę, bo w pokoju było więcej spokoju. Zostawałem sam. Czytałem słowo Boże, puszczałem pieśni chwały, uwielbiałem Boga. Przez półtorej godziny. Płonąłem. Pamiętam, że miałem nieprawdopodobną tęsknotę w sercu. „Boże – wołałem – chcę, żebyś mnie używał, uzdrawiał przeze mnie innych, oddaję się Tobie do dyspozycji”. Modliłem się nad ludźmi i… nie widziałem żadnych owoców. Nic się nie działo. To rodziło frustracje.

Komu Komunia, czyli „katolicyzm widzimisię” [Dariusz Kowalczyk SJ]

Wskazania dotyczące przyjmowania Komunii św. przez polityków, którzy doprowadzili do uchwalenia ustawy
o in vitro, odwołują się do ich sumienia i dobrej woli. Katolik powinien je przyjąć w duchu posłuszeństwa Kościołowi.


Nie brakuje ludzi, którzy uważają, że są katolikami, ale to, co znaczy bycie katolikiem, chcą definiować sami. I są oburzeni, kiedy Kościół stawia im wymagania. Nauczanie biskupów przyjmują ze złością. W kancelarii parafialnej mają pretensje, że proboszcz pyta ich, czy wierzą i jak się prowadzą. Sakramenty uznają za rodzinne obrzędy, do których mają prawo, jeśli wyrażą ochotę ich przyjęcia i uiszczą opłatę. O tym, że sakramenty zakładają wiarę popartą konkretnymi wyborami życiowymi, nie chcą słyszeć. Tymczasem Kościół jest wspólnotą wiary, określonej przez Biblię, Tradycję i Magisterium Kościoła, a nie tworzoną sobie przez każdego według swego widzimisię. Szczególny problem stanowią osoby publiczne, np. politycy, którzy z jednej strony prezentują się jako katolicy, przystępują do Komunii św., a z drugiej promują ustawy sprzeczne w istotnych sprawach z nauczaniem Kościoła. Tego rodzaju postawa tworzy zamieszanie i zgorszenie. Dobrze się zatem stało, że Rada Prawna KEP wydała oświadczenie w sprawie konsekwencji na płaszczyźnie sakramentalnej, wynikających z głosowania i podpisania ustawy dotyczącej procedury in vitro.



Samarytanie z powstania [Mariusz Majewski]

W piątym dniu walk zapadła decyzja o przymusowym wysiedleniu warszawiaków i utworzeniu obozu przejściowego w Pruszkowie. Mogło przez niego przejść nawet 650 tys. ludzi.

Opustoszałe warsztaty kolejowe. Kilkanaście budynków na 50 hektarach. Niemcy wydzielają 9 hal naprawczych, które ponumerowano i ogrodzono zasiekami z drutu. W środku rozrzucono trochę słomianych mat. Za mało, żeby wystarczyło dla wszystkich. Tak w wielkim skrócie wyglądał Dulag 121, największy obóz przejściowy. Miał na celu lepszą selekcję ludności i wyłowienie kandydatów do pracy na terenie III Rzeszy. Niezdolni do pracy, kobiety, dzieci, mieli trafić do gospodarstw rolnych na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Pierwszy transport ok. 3 tys. ludzi z warszawskiej Woli przyjechał tu 7 sierpnia. W chwilach największego przepełnienia przebywało w nim kilkadziesiąt tysięcy ludzi.

Siła solidarności

Już od momentu transportu z Warszawy do Pruszkowa okoliczni mieszkańcy wspierali wysiedleńców, jak tylko mogli. W pomoc zaangażowane były oficjalne organizacje, takie jak Czerwony Krzyż, Rada Główna Opiekuńcza, Polski Komitet Opiekuńczy, organizacje spółdzielcze i kościelne oraz konspiracja, zwłaszcza Armia Krajowa. Na największe uznanie zasługują jednak tysiące wolontariuszy, którzy z własnej inicjatywy dostarczali pożywienie, ubrania, koce i lekarstwa. Przyjmowali warszawiaków pod swój dach bądź zatrudniali się w obozach przejściowych jako personel pomocniczy czy sanitarny. W obozie ludzie dostawali najprostsze posiłki, podstawowe ubrania i lekarstwa. Poważniej chorych i wyczerpanych wyszukiwały sanitariuszki z opaskami Czerwonego Krzyża. Dulag 121 był nie tylko największym obozem przejściowym, ale także jedynym, w którym obsługę Niemcy zostawili Polakom. Czuwać nad tym miała pruszkowska delegatura Rady Głównej Opiekuńczej.

Protest czerwonych krzyży [Jerzy Szygiel]

Od kilku tygodni władze chińskie prowadzą szeroką akcję zdejmowania krzyży z dachów i wież kościelnych.

Chiński Twitter nazywa się Weibo i różni się od swego zachodniego odpowiednika skalą kontroli publikacji. To, co zostanie uznane przez władze za nieodpowiednie politycznie, po prostu szybko znika. Tym niemniej ważna wiadomość krótko pozostająca w sieci jest szybko kopiowana, krąży po chińskim internecie i wycieka za granicę. Tak było z 20-sekundowym filmikiem z Pingyang w południowo-wschodniej prowincji Zhejiang, umieszczonym na Wei- bo 31 lipca, na którym widać miejscowy kościół. Robotnicy na dachu ciągną jakieś liny i nagle krzyż umieszczony na strzelistej wieży spektakularnie upada. Pod koniec maja lokalna administracja ogłosiła nowe przepisy, według których krzyże górujące nad kościołami mają zniknąć do początku września. Mogą pozostać na fasadach, pod warunkiem, że ich wysokość nie przekracza jednej dwudziestej wysokości budynku. A wszystkie nowe kościoły, jeśli powstaną, mają reprezentować „chiński styl architektoniczny”. Pierwsze krzyże zaczęły spadać z wież i dachów w połowie czerwca w dużym portowym mieście Wenzhou, gdzie chrześcijaństwo wyznaje ok. 10 proc. ludności (ponad 100 tys. mieszkańców). Akcja nabrała tempa w lipcu, ale wtedy katolicy ze Zhejiang podjęli protest – zaczęli ustawiać drewniane, pomalowane na czerwono krzyże w oknach domów i za szybami samochodów.