Jesteś tutaj

Harmonia Taizé

recenzja płyty "Mane Nobiscum"
Autor: 
Jakub Modrzejewski

Taizé. Wspólnota, o której wiedziałem tyle, że jest. No, może również to, że śpiewa. Chociaż… jak bardziej przeanalizuję moje pojęcie na ten temat, to wyjdzie, że kojarzę jeszcze doroczne spotkania młodych w różnych częściach Europy. Tyle.

Moja niewiedza trwałaby sobie, gdyby nie pewne spotkanie… W dość chłodne, piątkowe popołudnie dostałem płytę Mane Nobiscum. Przesłuchałem. Raz, drugi, trzeci… potem już nie liczyłem.

Zanim podzielę się moimi muzycznymi doznaniami, kilka informacji na temat samego „opakowania”, czyli garść danych o płycie. Krążek ukazał się w Polsce nakładem Edycji Świętego Pawła w roku 2014. Pierwotnie płyta została wydana w Taizé cztery lata wcześniej. Od strony zewnętrznej pudełko nie sprawia wrażenia solidnego, ale trzeba mu przyznać, że jest eleganckie. Kartonowe wykończenie oraz kredowa faktura sprawiają, że trzeba będzie dbać o opakowanie, by zachować CD od trosk życia codziennego (z męskiego punktu widzenia – nie do przyjęcia! :)). Z pudełkiem zintegrowana jest książeczka ze słowami pieśni. Jest to trafiony pomysł, teksty nigdzie się nie zapodzieją, a po każdym włożeniu płyty do odtwarzacza będą pod ręką (właściwie – w ręce)!

Co do samej muzyki… jest cudowna! Uwielbiam dobrze skomponowaną i wykonaną muzykę sakralną. Na krążku znajdują się kanony. Ich cechą jest to, że główny motyw jest powtarzany po wielokroć – uszczypliwi stwierdzą, że do znudzenia. Ja powiem tyle: żadne uwielbienie nie będzie dla mnie uwielbieniem, jeśli nie pojawi się na nim pieśń pokroju choćby Il Signore ti ristora. Może i jestem „tradsem”, ale cóż – o duchowościach się nie dyskutuje, tylko obiera własną.

Warto dodać, że w tych powtórkach obecna jest słodka monotonia. Nic nowego, żadnego przyspieszania… Pojawia się jednak (co mnie cieszy) pianissimo possibile… Wszystko jest przewidywalne, nie ma zagrożenia, że modlitewne skupienie zostanie zakłócone przez głośną improwizację, wybijające się solo… Wszelkie zgłośnienia wynikają ze struktury utworów: są stopniowe, stonowane; zachowana jest perfekcyjna harmonia…

Kompozycje są idealne do kontemplacji – dzięki swojej strukturze, wykonaniu i użytym instrumentom, których jest jak na lekarstwo. Głównym jest ludzki głos. To gigantyczny plus. Swoisty powrót do korzeni… Gdy zachwycałem się kanonami, w głębi duszy odnosiłem je do chorału gregoriańskiego, dostrzegając między nimi wiele podobieństw. Znaczna część nagranych pieśni jest wykonana a capella. Czterogłosowy chór mieszany niczego dodatkowego nie potrzebuje. Czasem wtórują mu instrumenty strunowe, dęte, klawiszowe… jednak to wokal zajmuje pierwsze miejsce. Przepraszam, drugie. Pierwsze zajmuje Pan Bóg, inaczej płyta by nie powstała.

Jeden kanon jakoś mnie nie przekonał, mimo perfekcji wykonania i piękna melodii… Aber du weißt den Weg für mich. Domyślacie się, co wpłynęło na odbiór? Tak, przyznaję – to język niemiecki, który zwyczajnie nie podoba mi się w pieśniach sakralnych. Inni przedstawiciele języków germańskich absolutnie mi nie przeszkadzali… tylko ten niemiecki! Miło natomiast było usłyszeć akcent polski – tak, kilka zwrotek jest w naszym ojczystym języku.

Co do jakości nagrań, to właściwie nie ma się czego przyczepić. Jedynym minusem jest brak głębi w partiach basów. Wina mogła leżeć w masteringu, choć równie prawdopodobny jest brak (lub niedobór) natywnych głosów basowych. Z drugiej strony – pewnego rodzaju surowość w obróbce jest na swój sposób piękna!

Wahasz się jeszcze, czy warto płytę mieć? Warto! To dobra pomoc w wyciszeniu się przed modlitwą, szczególnie obecnie, w Wielkim Poście, gdy uwielbiamy Boga za nieskończoną miłość ku rodzajowi ludzkiemu.

Chciałbym, by pojawiło się więcej takich krążków! Moim jeszcze większym marzeniem jest to, bym podczas świętych obrzędów – w miejsce nowoczesnych piosenek, niekoniecznie liturgicznych – słyszał takie perełki!

Polecam gorąco (mimo akcentów w języku niemieckim :))!!!

***

Taizé, Mane Nobiscum, Taizé – Francja 2010, Edycja św. Pawła, Częstochowa 2014.