Jesteś tutaj

„Słowo wśród nas”: Abba, Ojcze...

Autor: 
PROMIC

W Magazynie między innymi świadectwo młodej kobiety, od dzieciństwa zagrożonej utratą wzroku oraz polskiej wolontariuszki, która przez wiele miesięcy odkrywała miłość Boga w Kenii. 

 „Abba, Ojcze…” to tytuł sierpniowego numeru „Słowa wśród nas”, poświęconego Bogu Ojcu – naszym wyobrażeniom o Nim, właściwej postawie wobec Niego i temu, jak opisuje Go Pismo Święte. Ponadto, jak w każdym numerze, polecamy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych. W Magazynie umieściliśmy tekst o niezwykłym misjonarzu Ameryki, żyjącym w XVIII wieku św. Junipero Serry, który „w służbie Chrystusa i Jego ludu przemierzył oceany, pasma górskie, bagna i pustynie” – słowem „wszędzie było go pełno”, a także poruszające świadectwo młodej kobiety, od dzieciństwa zagrożonej utratą wzroku oraz polskiej wolontariuszki, która przez wiele miesięcy odkrywała miłość Boga w Kenii. 

Ogłaszamy także nową ankietę pt. „Bóg żyje i działa”. Prosimy wszystkich o świadectwa, dotyczące pomocy otrzymanej w trudnych sytuacjach.

* * *

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

  • rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
  • artykuły pogłębiające wiarę
  • świadectwa czytelników
  • żywoty świętych
  • krzyżówki o tematyce biblijnej

Okładka nr 6 (262) 2015: Od wyboru papieża Franciszka na Stolicę Piotrową jego życie, słowa, gesty budzą żywe zainteresowanie ludzi na całym świecie. Skromny styl życia Papieża, jego wrażliwość na ludzką biedę, otwartość na kontakty, prostota języka sprawiają, że jest on słuchany, a jego postawy i nauczanie kształtują oblicze współczesnego Kościoła. 

ARTYKUŁ

Przez klęski do sukcesu
Zaskakujący przypadek Solanusa Caseya

O. Solanus Casey, furtian klasztoru św. Bonawentury w Detroit, tego ciepłego letniego dnia 1941 roku spotkał się już z wieloma ludźmi. Przychodzili do niego przyciągnięci sławą jego dobroci, mądrości – i cudów. Jednym z tych, którzy zatrzymali się przy jego furcie, był jego współbrat kapucyn, który szedł właśnie na pilną wizytę do dentysty. Pobłogosławiony przez Solanusa, natychmiast został uzdrowiony. Kiedy w drodze powrotnej pojawił się znowu, by powiadomić Solanusa, że dentysta stwierdził u niego doskonały stan uzębienia, spotkała go kolejna niespodzianka.

„Trzeba to uczcić!” – powiedział Solanus, otwierając szufladę biurka i wydobywając z niej otrzymane przed półgodziną rożki lodowe. Pomimo upału nie roztopiły się ani trochę.

Papież Franciszek zauważył kiedyś, że Bóg jest „Bogiem niespodzianek”. Z pewnością doświadczyły tego tysiące ludzi, którzy doznali uzdrowienia, duchowego wsparcia i innych łask poprzez posługę o. Solanusa Caseya. Największą z niespodzianek było jednak to, że łaski te przyszły za pośrednictwem człowieka, którego życie kapłańskie było pasmem niepowodzeń i któremu powierzano tylko najbardziej podrzędne zajęcia.

▌KRĘTA DROGA DO KAPŁAŃSTWA

Ten skromny kapłan, posługujący wielkimi nadprzyrodzonymi darami, wychował się jako Barney Casey w wielodzietnej rodzinie irlandzkich imigrantów w Wisconsin. Był zwyczajnym chłopcem, który w czasie wolnym od pomocy rodzicom w gospodarstwie lubił polować, grać w baseball ze swoimi dziewięcioma braćmi, płatać figle i fałszować na skrzypcach.

Dzięki mocnej wierze rodziców młody Barney wcześnie nabrał nawyku modlitwy osobistej, a zwłaszcza codziennego różańca. Myślał nawet o tym, by zostać księdzem, zamiast jednak wstąpić do niższego seminarium, jak czyniło to wielu młodzieńców w jego czasach, poszedł do pracy, by pomóc w utrzymaniu rodziny. Imał się rozmaitych zajęć, będąc kolejno drwalem, złotą rączką, strażnikiem więziennym i wreszcie motorniczym tramwaju. W jakimś momencie zakochał się i nawet oświadczył swojej wybrance, jednak na przeszkodzie tym planom stanęła matka dziewczyny, która uznała, że jej córka jest jeszcze za młoda na małżeństwo.

Pewnego dnia w czasie pracy, wciąż niepewny co do swojej życiowej drogi, Barney był zmuszony gwałtownie zatrzymać swój tramwaj. Nieoczekiwanie wyrósł przed nim tłum ludzi otaczający leżącą na torach martwą kobietę i jej zabójcę stojącego nad nią z zakrwawionym nożem. Wstrząśnięty Barney całą noc modlił się za nich oboje i zastanawiał się, co może zrobić on sam, by powstrzymać przemoc i zło. Wkrótce doszedł do przekonania, że Bóg powołuje go do kapłaństwa.

▌SUKCES RACZEJ MAŁO PRAWDOPODOBNY

Problemy Barneya miały się jednak dopiero zacząć. Początkowo wstąpił do seminarium diecezjalnego w Milwaukee, został jednak zwolniony z powodu słabych ocen. (Zdecydowanie nie pomogło mu to, że zajęcia odbywały się w języku niemieckim i korzystano z łacińskich podręczników!) Powrócił do domu z poczuciem zawodu. Jednak po odprawieniu nowenny usłyszał głos Matki Bożej, która wskazała mu franciszkański zakon kapucynów i ich seminarium w Detroit. Rozpoczynając tam postulat, przyjął imię Solanus.

Jednak i tu, pomimo szczerych wysiłków, nie zdołał osiągnąć zadowalających wyników w nauce. Jego przełożeni nabrali wątpliwości, czy ma on wystarczające możliwości intelektualne, by zostać kapłanem. Polecili mu więc podpisać oświadczenie, w którym wyznawał swoje „nikłe zdolności” i zdawał się na ich wolę w kwestii święceń.

Trzy lata później Solanus został wyświęcony – ale w trybie „prostym”. Oznaczało to, że mógł odprawiać Mszę świętą, ale nie wolno mu było słuchać spowiedzi i wygłaszać homilii. Ponieważ nie miał zwyczaju dzielić się swoimi uczuciami, możemy sobie jedynie wyobrazić, jaki zawód przeżywał, widząc, że dziesięć lat ciężkiej pracy przyniosło tak mizerny skutek.

Solanus mógł zakwestionować decyzje przełożonych lub zacząć użalać się nad swoją ciężką dolą. Mógł też z rezygnacją poddać się losowi, zgadzając się na to, że do końca życia będzie kapłanem „drugiej kategorii”. Tu jednak zaczynają się niespodzianki. Solanus przyjął werdykt z radością, widząc w nim autentyczne Boże wezwanie dla siebie. Zresztą zawołanie: „Deo gratias!”, czyli „Bogu niech będą dzięki!”, było jego charakterystyczną reakcją na wszelkiego rodzaju wydarzenia. Jak napisał później: „Gdybyśmy tylko potrafili docenić świętą wiarę i niezliczone błogosławieństwa z niej płynące… nigdy nie mielibyśmy czasu na to, by się czymkolwiek martwić”.

Być może właśnie w postawie wdzięczności leży sekret tego, co najbardziej zaskakujące w życiu o. Solanusa – fakt, że ktoś, kto miał wszelkie podstawy ku temu, by uważać się za nieudacznika, przekroczył oczekiwania wszystkich po prostu dlatego, że miał oczy utkwione w Bogu.

▌BOŻY ODŹWIERNY

Na początku nikt nie spodziewał się wiele po o. Caseyu. Przydzielony do klasztoru i parafii kapucynów w Yonkers, w stanie Nowy Jork, otrzymał tam skromne zadania: otwieranie drzwi i witanie gości. Nieoczekiwanie radosny furtian o szczupłej sylwetce, niebieskich oczach i cienkim głosie stał się wkrótce przyjacielem wszystkich odwiedzających klasztor.

Ludzie szybko odkryli, że o. Solanus ma niezwykłą intuicję duchową, krzepiącą osobowość i anielską cierpliwość. Poświęcał każdemu z gości tyle czasu, ile ten potrzebował. Wkrótce jego sława zaczęła zataczać coraz szersze kręgi – i to nie tylko dlatego, że potrafił cierpliwie słuchać.

Spośród osób zapisywanych przez niego do Stowarzyszenia Mszy Serafickich – co było formą prośby o modlitwę wstawienniczą ojców kapucynów – tak wielu dawało świadectwo otrzymanych łask, że przełożeni polecili Solanusowi prowadzić ich rejestr. Łaski nie ustawały także po przeniesieniu o. Solanusa do klasztoru w Detroit, gdzie był furtianem przez kolejne dwadzieścia jeden lat. Trwały nawet po jego „przejściu na emeryturę”, gdyż ludzie wciąż powierzali mu swoje intencje czy to osobiście, czy to drogą pocztową. Do końca życia o. Casey zapełnił siedem brulionów, odnotowując ponad sześć tysięcy wysłuchanych modlitw!

▌ŁASKI I SŁABOSTKI

Niektóre z tych „łask”, jak nazywał je o. Solanus, były uzdrowieniami fizycznymi. Kobieta, której dawano trzy dni życia, została uzdrowiona z zapalenia płuc. Chłopiec z nogami zesztywniałymi wskutek choroby Heinego-Medina zadziwił swoich rodziców schodząc ze schodów. Napływały świadectwa uzdrowienia ze ślepoty, gangreny, utraty pamięci, raka, głuchoty i chorób serca.

Miały też miejsce uzdrowienia emocjonalne i duchowe. Ludzie byli uwalniani od alkoholizmu i depresji. Niektórzy zostali zawróceni znad krawędzi samobójstwa. Zdarzały się też cudowne nawrócenia. Pewnego dnia zjawił się zagorzały komunista, który oznajmił, że nienawidzi księży i ma ochotę zabić o. Caseya. „Warto by to przedyskutować” – odpowiedział o. Solanus. Wystarczyło mu kilka minut, by doprowadzić tego człowieka do nawrócenia.

O. Solanus miał również dar proroctwa. Często czytał w sercach ludzi i mówił im, co stanie się z nimi lub ich bliskimi. Prawie od niechcenia wypowiadał zdania typu: „Tak, zostaniesz zakonnicą”, „Nie modlisz się ostatnio” lub „Nie martw się, do rana mu się poprawi”. Pewnego razu na pikniku parafialnym podeszła do niego kobieta zrozpaczona z powodu odejścia swego ojca od Kościoła. Wysłuchał jej, jedząc hot doga z musztardą i kiszoną kapustą, i przepowiedział – zgodnie z prawdą – że jej ojciec powróci do wiary. Mężczyźnie, którego żona była w przededniu operacji, powiedział, że operacja okaże się zbędna, i kobieta wkrótce powróci do domu, po czym, wciąż będąc kibicem baseballa, zagadnął: „A teraz powiedz mi, jak tam wyniki Tygrysów Detroit”.

Tysiące ludzi, którzy do niego przychodzili, z pewnością nie spodziewały się, że znany cudotwórca może być kimś tak zwyczajnym. „Dziwacznym” – dodaliby może niektórzy z jego braci kapucynów. Miał bowiem swoje oryginalne przyzwyczajenia, jak na przykład wkładanie wszystkich produktów żywnościowych – płatków, kawy, soku pomarańczowego, ziemniaków i lodów – do jednej miski przy posiłkach, czy uspokajanie pszczół z przyklasztornej pasieki przy pomocy gry na harmonijce ustnej. Zdarzało mu się też grywać na swych piskliwych skrzypcach przed Najświętszym Sakramentem!

▌DZIĘKUJ BOGU Z GÓRY

Inną niespodzianką dla odwiedzających było to, że o. Solanus miał wobec nich pewne oczekiwania. Zwykle po wysłuchaniu ich opowieści zachęcał do modlitwy i polecał z góry dziękować Bogu za wszystkie łaski, których im udzieli. „Miej wiarę! Ufaj Bogu!” – mawiał, niekiedy ze łzami w oczach. Następnie polecał im wyrazić swoją wiarę w jakiś konkretny sposób, na przykład wspierając ubogich czy podejmując lekturę duchową.

Nie było jednak bardziej wytrwałego i pełnego wiary „błagalnika” od samego o. Solanusa. Choć codziennie spędzał dwanaście lub więcej godzin służąc potrzebującym, wczesnym rankiem lub późnym wieczorem przebywał w kaplicy zatopiony w modlitwie.

Wreszcie, w wieku osiemdziesięciu sześciu lat, w wyniku poważnej przewlekłej choroby skóry, o. Solanusa zaczęły opuszczać siły. Bolesne rany zadawały mu nieznośny ból. „Boli mnie całe ciało” – przyznawał, przy czym jego rozpromieniona twarz nie wyrażała niczego poza wdzięcznością. To samo było treścią jego ostatnich słów wypowiedzianych na łożu śmierci, 31 lipca 1957 roku. Siadając nagle na łóżku, o. Solanus wyciągnął ręce i powiedział: „Oddaję swoją duszę Jezusowi Chrystusowi”.

▌ZASKOCZONY SOLANUS

W ciągu trzech dni po jego śmierci ponad dwadzieścia tysięcy ludzi złożyło hołd temu prostemu kapłanowi, który nigdy nie wysłuchał ani jednej spowiedzi, ale jako furtian otworzył wielu bramę wiodącą do Boga.

Ogłoszony sługą Bożym przez papieża Jana Pawła II w 1995 roku, o. Solanus do dziś nie przestaje otwierać drzwi. Wciąż napływają świadectwa wysłuchanych za jego pośrednictwem modlitw. Są ich już tysiące, jak mówi Richard Merling, dyrektor Bractwa Solanusa Caseya w Detroit. „Mamy już co najmniej osiem szuflad próśb i podziękowań za otrzymane łaski. Dokonuje się wiele przepięknych uzdrowień. On wciąż porusza ludzi”.

O. Solanus Casey, który reagował podziwem na każdy cud i nigdy nie przypisywał go sobie, byłby tym zaskoczony. Niewykluczone, że w ostatecznym rozrachunku człowiekiem najbardziej zdumionym tym, jakie owoce przyniosło jego życie, okazałby się właśnie sam Solanus. ▐