Jesteś tutaj

Tam i z powrotem

Autor: 
Katarzyna Jagodzińska

Jedna książka, trzy filmy. I podzieleni fani. Czy Peterowi Jacksonowi opłacało się przesadzić i z jednej cienkiej książki zrobić trzy wielkie filmy? Skoro zarobili ponad 50 mln w tydzień, to pewnie tak. Ale pozostała kwestia jakości.

W kwestii formalnej i jakby ktoś jeszcze nie wiedział (choć, jak to ujął Martin Freeman: „Książka ma ponad 70 lat!”): trzecia część Hobbita obejmuje mniej więcej sześć ostatnich rozdziałów książki i zaczyna się napaścią Smauga (dubbing w wykonaniu Benedicta Cumberbatcha) na Esgaroth. Reszta filmu składa się ze spontanicznych przygotowań do wojny, tytułowej bitwy pięciu armii (wszystkie dobre istoty kontra paskudni orkowie) oraz psującego nastrój wątku miłosnego między elfką Tauriel a krasnoludem Killim.

Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi

Hobbit: Bitwa pięciu armii jest filmem przekoloryzowanym, pełnym różnych domówień i poszerzonym (jak i Pustkowie Smauga) o wcześniej wspomniany wątek miłosny. Ponad to Thorin pogrążył się w smoczej gorączce złota, a Legolas cierpi z powodu nieodwzajemnionej miłości do Tauriel. Do tego cała masa efektów specjalnych. To miłe, że Peter Jackson chciał oddać wszystkie szczegóły i dodać kilka wyjaśnień znajdujących się w Powrocie króla (przypisy na końcu książki) oraz Silmarilionie. Ale moim zdaniem przesadził. Przede wszystkim ze skomputeryzowaniem większości tła, bohaterów i przedmiotów, poczynając od domu Bilba Bagginsa. Jest tego zdecydowanie za dużo i widz nie może nacieszyć się krajobrazem Nowej Zelandii (w przeciwieństwie do Władcy Pierścieni).

Po drugie wątek miłosny między Tauriel i Killim oraz bliżej niezrozumiana scena uległości Gandalfa wobec Galadrieli. W ogóle dodawanie postaci kobiecych (w szczególności nieistniejącej w książce Tauriel) moim zdaniem nie było potrzebne. Najdramatyczniejsze sceny z Killim były dramatycznie zepsute przez zalaną łzami Tauriel. Przez to w takich momentach z Hobbita robił się bardziej ckliwy melodramat niż ekscytujący film fantasy.

Trzecim niepotrzebnym aspektem jest zrobienie z jednej książki trylogii filmowej. Spokojnie można by było zrobić porządną, szczegółową ekranizację w dwóch filmach. Natomiast trzy czwarte akcji Pustkowia Smauga jest wyssaną z palca powiastką, dlatego ta część jest moim zdaniem najsłabsza.

Hobbit, czyli…

Niespodziewana podróż, Pustkowie Smauga i Bitwa pięciu armii. Podsumowując filmową trylogię – najlepsza część pierwsza, najgorsza druga, trzecia może być. Mimo licznych punktów ujemnych, Hobbit jako całość jest całkiem niezły.

Wielu fanów zarzuca Jackosonowi, że Hobbit różni się od Władcy Pierścieni. Oczywiście, w końcu książka jest napisana dla dzieci, wobec tego film też jest bardziej bajkowy. Jednak Hobbit nie ma tej magii, którą emanował Władca, a przez liczne dodatkowe wątki zaczyna się dłużyć. Chociaż wszystkie trzy części łącznie nie są najlepszą ekranizacją, to Hobbit: Bitwa pięciu armii jest na tyle dobrym filmem, że warto go polecić.

 

***
Źródło: http://jagodowekino.pl/?p=211