Jesteś tutaj

„Don Bosco”: Czy testy są potrzebne?

Autor: 
Don Bosco

Redakcja „Don Bosco” udostępniła naszym czytelnikom cztery artykuły z marcowego numeru pisma, m.in. o milczeniu i testach szkolnych.

W marcowym numerze „Don Bosco” poleca szczególnie teksty: 

O wychowaniu do cierpienia. Tendencja izolowania dzieci od tematów trudnych nasila się, powodując, że są one mniej odporne na życiowe próby. Jak sprawić aby dziecko przygotowane było na najtrudniejsze próby.

O parze aktorów z serialu „M jak miłość”, którzy tworzą w życiu prawdziwie chrześcijańska rodzinę. W artystycznym świecie rzadko się zdarza, by aktorska para była ze sobą tyle lat, co oni i by miała aż pięcioro dzieci. Wszystkie chciane, oczekiwane i kochane. Z każdym dzieckiem tej miłości w rodzinie jest więcej.

O tym czy egzaminy testowe są potrzebne w szkole. Po zapowiedzi ministerstwa edukacji rezygnacji z testów szóstoklasistów rozmawiamy z dr hab. Anną Sajdak, zastępcą dyrektora Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Jagiellońskiego.

O tym, jak zmienić negatywne nastawienie naszych dzieci.

Dodatek specjalny o Światowych Dniach Młodzieży.

Oraz jak co miesiąc: ks. Marek Chmielewski o naukach św. Jana Bosko, opowiadania pedagogiczne słynnego salezjanina ks. Bruno Ferrero, porady szkolnego pedagoga i katechety, felietony Roberta Tekielego i Tomasza Terlikowskiego oraz Poradnik: Jak wychowywać dziewczęta. 

* * *

„Będzie ksiądz dzisiaj pytał?”

Ks. Tomasz Łach SDB

Pytając na lekcji, od razu zorientujemy się, czy katechezy są zrozumiałe i czy młodzież w ogóle cokolwiek z nich przyswaja.

Każdy uczeń powinien przynajmniej raz w półroczu otrzymać na lekcji ocenę z odpowiedzi. Każdy nauczyciel pewnie już nieraz miał okazję usłyszeć w klasie pełne ulgi westchnienie, kiedy z jakiegoś powodu musiał oznajmić: „W takim razie dzisiaj nie będę pytał”. Jednocześnie jako nauczyciele mamy przecież świadomość, że jeśli nie będziemy systematyczni w pytaniu, to w ostatnie dwa tygodnie przed końcem semestru, w żaden sposób nie uda się nam nadrobić zaległości. Możemy oczywiście zlecić zadanie domowe czy też zrobić „małą niespodziankę” w postaci niezapowiedzianej kartkówki, ale w przypadku odpowiedzi ustnej będziemy skazani na porażkę. Jak więc pytać na katechezie, aby z jednej strony zdążyć z odpytaniem wszystkich, a z drugiej, aby oceny były sprawiedliwe?

Najpierw musimy zadbać, aby uczniowie dokładnie znali zakres wiedzy, którą powinni sobie przyswoić i z której będą odpytani na lekcji. Ważne jest, aby materiał nie był zbyt obszerny. Ja zwykle ograniczam zakres materiału do trzech ostatnich tematów. Warto pod koniec każdej lekcji przypomnieć to, co powinni z niej zapamiętać. Pomocna jest też notatka w zeszycie, na przykład w postaci kilku punktów. Później powinniśmy się tego trzymać i ograniczyć pytanie właśnie do tego, co zostało zapisane. Kolejną sprawą, bodajże najtrudniejszą, jest sposób zadawania pytań przez katechetę. Ja stosuję metodę, której nauczyłem się od jednego z moich starszych kolegów. Wymagam od dzieci, aby napisały w zeszycie krótką, kilkuzdaniową notatkę, rozwijając punkty podane na lekcji i właśnie od jej przeczytania rozpoczynam pytanie. Treść notatki wiele mówi mi o tym, czy uczeń przyswoił sobie dane zagadnienie i czy potrafi swoimi słowami je przedstawić. Później zadaję jedno lub dwa pytania dodatkowe i wystawiam ocenę. Sposób odpytywania w dużej mierze zależy od tego, jak liczna jest klasa. Gdy uczniów jest niewielu, można poświęcić więcej czasu na każdego z nich. Gdy jest ich dużo – „trzeba się streszczać”, żeby zdążyć przed klasyfikacją. I jeszcze jedna, bodajże najtrudniejsza rzecz związana z odpytywaniem na ocenę. Mianowicie, bardzo dużo zależy od tego, w jaki sposób katecheta formułuje pytania.

Zagadnienia religijne bywają skomplikowane. Wymagają pewnego poziomu myślenia abstrakcyjnego. Niestety, w szkole nie naucza się filozofii, a jej podstawy są niezbędne do tego, aby zrozumieć i sensownie ująć trudniejsze prawdy teologiczne. Chcąc np. porównać wiarę w reinkarnację obecną w religiach Wschodu z chrześcijańską wiarą w zmartwychwstanie, trzeba wcześniej wyjaśnić przynajmniej dwie sprawy: cykliczną i linearną koncepcję czasu oraz to, czym jest dusza. Stąd niezbędne jest uprzednie wyjaśnienie pojęć, którymi będziemy się posługiwać.

Można wyróżnić trzy rodzaje zadawanych pytań. Pierwsze dotyczą samej treści. Uczeń powinien „opowiedzieć” np. przypowieść ewangeliczną, inną historię biblijną albo z podręcznika. Te pytania są najłatwiejsze. Tutaj liczą się przede wszystkim wierność przekazu i bogactwo narracji. Drugi rodzaj pytań to te, które obejmują pewne wybrane zagadnienia szczegółowe i dotyczą: osób, miejsc, trudnych pojęć, np., Co to jest pascha? albo, kim był Nabuchodonozor? I wreszcie pytania najtrudniejsze to takie, które wymagają od ucznia analizy i twórczego myślenia, a więc: porównania, interpretacji, mówiąc najogólniej – hermeneutyki, na przykład: Jak w świetle męki i śmierci Chrystusa możemy odczytać Izajaszowe proroctwo o Słudze Jahwe? Wskazane jest, aby zaczynać od pytań o treść, a dopiero potem pytać o szczegóły lub analizę. Wtedy szybko zorientujemy się, czy katechezy są zrozumiałe i czy młodzież w ogóle cokolwiek z nich przyswaja. Powszechnie znane przysłowie, „kto pyta, nie błądzi”, w naszym przypadku można by przeformułować w następujący sposób: „kto pyta – uczy”. A może z czasem role się odwrócą i to my zostaniemy wezwani do odpowiedzi? Obyśmy wtedy sami umieli trafnie i przekonująco odpowiedzieć.

 

Czy egzaminy testowe są potrzebne?

Ministerstwo edukacji zapowiedziało rezygnację z testów szóstoklasistów. Z dr hab. Anną Sajdak, zastępcą dyrektora Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Jagiellońskiego, rozmawia Grażyna Starzak

– Testy to coraz bardziej powszechny sposób oceniania w naszym systemie edukacji. Coraz bardziej powszechny i coraz częściej krytykowany. Jaka jest Pani opinia na temat testów?

– To metoda jak każda inna. Źle się jednak stało, że w naszym systemie edukacji „testologia” stała się wszechobecna, wymuszając zmianę procesu nauczania w kierunku „pod klucz”. Szczególnie wyraźnie widać to w liceum, gdzie wszystkim – uczniom, nauczycielom i rodzicom – chodzi o jak najlepszy wynik na maturze, czyli o jak najlepsze przygotowanie ucznia do zdania określonego typu testu. W mojej opinii należy osobno rozważyć zasadność stosowania metody testowego sprawdzania wiedzy uczniów w trakcie roku szkolnego, czyli w trakcie bieżącej nauki, a osobno po danym etapie kształcenia. W czasie roku szkolnego nauczyciel winien skupiać się na ocenianiu wspierającym, które oprócz funkcji informacyjnej miałoby funkcję motywacyjną. Takie ocenianie oparte jest na informacji zwrotnej o efektach wysiłków uczącego się dziecka. Ocena powinna być sformułowana w sposób życzliwy, powinna być opatrzona komentarzem uzasadniającym i zawierać wskazówki do dalszej pracy. Powinna też być informacją o postępach ucznia. Badania pokazują, że ludzie gotowi są podwoić swoje wysiłki, jeśli otrzymają informację zwrotną o tym, że czynią postępy. Testy natomiast dostarczają informacji statycznej, obiektywnej, suchej, w odniesieniu do jakiejś przyjętej skali. Nie są dobrym ani podstawowym narzędziem do oceniania wspierającego proces uczenia się. Stosowanie testów ma inną dominującą funkcję – wspieranie procesów selekcyjnych w szkolnictwie i potwierdzanie określonych kwalifikacji.

– Przeciwnicy testów twierdzą, że ten sposób oceniania jest odhumanizowany, nastawiony na pseudosukces (zdobywanie punktów), co doprowadza do rywalizacji i niszczenia osobowości uczniów...

– Podzielam ten niepokój. Testowe sprawdzanie wiedzy i umiejętności ucznia to nie wszystko. W żaden sposób nie możemy za pomocą testów sprawdzić tzw. kompetencji społecznych, czyli np. umiejętności współpracy w grupie, umiejętności komunikacyjnych, inter- czy intrapersonalnych. Dziecko zostaje samo z arkuszem testu i pracuje nad nim indywidualnie, na własny rachunek. Jeśli test ma spełniać funkcję selekcyjną, czyli np. przesądza o dostaniu się do lepszego liceum, to każdy punkt jest na wagę złota. W naturalny sposób dzieci zaczynają ze sobą rywalizować, obliczając swoje szanse, kalkulując dodatkowe punkty itd. Rywalizacja bywa niszcząca. Słabsi muszą konfrontować się z przegraną w tym wyścigu. Dochodzi często do krzywdzącego porównywania się uczniów ze sobą. Przeszkodami stają się nie zadania, ale inni uczestnicy. Dochodzi do pomylenia zdolności z wartością człowieka. Rywalizacja może mieć destrukcyjny wpływ zwłaszcza na słabszych, mniej odpornych psychicznie, bardziej wrażliwych. Nauka zamienia się w wyścig, a współpraca w konkurencję. Rywalizacja, zamiast motywować do osiągania lepszych rezultatów, motywuje do ścigania się, czyli wbudowuje w dziecko, uczy je mechanizmów rywalizacyjnych.

– Niektórzy powiedzą, że świat współczesny tak właśnie jest zbudowany. Zatem szkoła winna przygotować dziecko do funkcjonowania w nim. Im wcześniej, tym lepiej…

– Takim osobom najczęściej stawiam pytanie, czego chcą dla swoich dzieci. Czy chcą dla nich sukcesów mierzonych korporacyjną karierą czy tego, by mogły pójść własną drogą rozwoju potencjału, a może po prostu szczęścia i życia w zgodzie z samym sobą. To są oczywiście fundamentalne pytania o wartości i systemy wychowawcze.

– „Testologia” jest krytykowana nie tylko przez rodziców, również przez nauczycieli. Ci ostatni nie mówią tego głośno, tylko ćwiczą uczniów w rozwiązywaniu testów, sądząc, że dzięki temu ich uczniowie lepiej wypadną na badaniu kompetencji, dostaną się do lepszej szkoły, szkoła lepiej wypadnie w rankingu, a nauczyciel okaże się bardziej skuteczny…

– Rozumiem i często słyszę takie argumenty. Tylko, czy o to chodzi w procesie uczenia? W ten sposób nauczamy „po śladzie” zostawianym przez nauczyciela albo eksperta układającego test. Gubimy ważną ścieżkę szukania własnych dróg, indywidualnych interpretacji, negocjowania znaczeń, konfrontowania się z odmiennymi stanowiskami. Na to najczęściej nie wystarcza czasu.

– Do czego zatem, jeśli w ogóle, przydają się testy?

– Do masowego egzaminowania w oparciu o zewnętrzne standardy. Z pewnością ułatwiają porównywanie wiedzy i umiejętności uczniów osiągniętych po danym etapie kształcenia. Są informacją „w miarę” zobiektywizowaną. Wszyscy piszą takie same testy, w tym samym czasie, we względnie takich samych warunkach. Idea zewnętrznego oceniania i prowadzenia egzaminów za pomocą testów pojawiła się w odpowiedzi na zarzuty subiektywnego, wewnątrzszkolnego oceniania uczniów. Ocena ocenie nierówna, tak jak szkoła szkole nierówna. Pytanie zasadnicze brzmi jednak, na jakim etapie kształcenia takie zewnętrzne egzaminy są potrzebne? Można się zgodzić z tym, że potrzebny jest obiektywny, zewnętrzny, zgodny z najwyższymi światowymi standardami egzamin lekarski, prawniczy, ale dlaczego mamy testowo badać kompetencje dzieci po III klasie? A i takie pomysły się pojawiały…

– Inne kraje, np. Stany Zjednoczone, wcześniej przeżyły szaleństwo stosowania testów wyboru i znają jego skutki. Czy nie uważa Pani Profesor, że uczenie się na cudzych błędach jest dużo tańsze niż na swoich…?

– Doświadczenia innych krajów powinny być dla nas cenne, pamiętać jednak musimy, że edukacja oprócz pewnych obiektywnych cech konstytuujących, jest w każdym kraju różna. I szkolnictwo ma prawo być różne, bo związane jest z odmiennymi tradycjami, historycznymi doświadczeniami, autorskimi pomysłami nowych koncepcji szkolnych. Przypomnijmy, że początek XX wieku obfitował w prawdziwe fajerwerki pomysłów edukacyjnych w: USA, Francji, Niemczech, Austrii, Anglii, Włoszech, a także w Polsce. I w każdym z tych krajów znalazło się miejsce dla odmiennych wizji edukacji, koncepcji szkolnych, szkół alternatywnych itd. związanych z konkretnym miejscem i konkretnym twórcą. Wspólna była tylko idea alternatywności, wolności i zwrotu w kierunku dziecka i jego potrzeb. I o mocy tych idei świadczy to, że po ponad stu latach nadal zaufaniem rodziców cieszy się np. system Marii Montessori. Warto podkreślić, że żaden z tych systemów nie stosował testów jako narzędzi sprawdzających wiedzę ucznia.

– Szefowa MEN podjęła ostatnio decyzję, że nie będzie testowania uczniów klasy szóstej. Jakie jest Pani zdanie w tej kwestii?

– Moim zdaniem to dobra decyzja. Test uczniów po szóstej klasie miał być tylko informacją o osiągnięciach dziecka po ukończeniu szkoły podstawowej. W praktyce stał się narzędziem selekcyjnym, które decyduje, czy dany uczeń dostanie się do renomowanego gimnazjum, czy też tam, gdzie przyjmują wszystkich. A zatem uruchamiał mechanizmy rywalizacyjne i selekcyjne. Uważam, że egzaminy zewnętrzne, testowe, są potrzebne, ale trzeba zastanowić się, na którym poziomie warto po nie sięgać. Decyzja pani minister edukacji jest częścią większego planu przebudowy szkolnictwa, którego system egzaminów i progów selekcyjnych jest tylko częścią. Powinniśmy najpierw poznać całość koncepcji zmiany, by móc oceniać zasadność poszczególnych rozwiązań.

Nasz rozmówca
Anna Sajdak. Dr hab., kierownik Zakładu Pedagogiki Szkolnej i Dydaktyki Akademickiej.

 

M jak miłość równa się R jak rodzina

Grażyna Starzak

Są znani i lubiani. Nie tylko dlatego, że grali w serialu „M jak miłość”. Również z tego powodu, że tworzą wyjątkową rodzinę. W artystycznym świecie rzadko się zdarza, by aktorska para była ze sobą tyle lat, co oni i by miała aż pięcioro dzieci. Wszystkie chciane, oczekiwane i kochane. Dominika Figurska i Michał Chorosiński uważają, że miłość „jest nieograniczona”. I że z każdym dzieckiem tej miłości w rodzinie jest więcej.

Poznali się w krakowskiej PWST,

gdzie oboje studiowali. Są małżeństwem od 15 lat. Znają się – prawie 20. Licząc okres narzeczeństwa. Dziennikarze zwykle pytają ich, jaka jest recepta na udany związek? Odpowiadają zgodnie, że najważniejszy jest wspólny cel i wiara w Boga. – Zawsze, nawet w najtrudniejszych momentach, a takie też mieliśmy, zwracamy się do Boga. To nas łączy. Bo wiara rzutuje na nasze życiowe wybory. Również na otwarcie się na nowe życie – mówi Dominika Figurska. Oboje przyznają, że wstępując w związek małżeński nie przypuszczali, iż będą mieć pięcioro dzieci. Pochodzą z rodzin, gdzie było ich dwoje. Sądzili, że powielą ten sam model. Gdy na świat przychodziły kolejne pociechy, uświadomili sobie, że „dzieci są największym skarbem, sensem życia”.

Za to codziennie dziękują Bogu.

Wychowali się w katolickich domach. – Jednak w pewnym momencie przerwaliśmy pępowinę i zaczęliśmy samodzielne życie, budując samodzielnie swoją duchowość – mówi Dominika. Dodaje, że jej wiara dojrzewała na studiach w Krakowie. Michał, będąc w liceum, jak wielu jego rówieśników, przechodził okres buntu wobec wiary. Nie przystąpił wtedy do sakramentu bierzmowania. Dopiero trzy lata przed ślubem, na początku znajomości z Dominiką, powoli wracał do Kościoła i do Pana Boga.

W geście miłości do przyszłej żony zdecydował się przyjąć ten sakrament. Świadomie. Podkreśla, że świadomość istoty sakramentu dociera do człowieka z czasem, poprzez rozwijanie własnej duchowości.

Trzeba nad tym nieustannie pracować. – To właśnie sakrament uchronił nasze małżeństwo w chwili kryzysu. Był duchowym spoiwem, które pozwoliło nam przetrwać – mówią oboje. Wierzą w moc, która płynie z sakramentu małżeństwa. Dominika odczuwa to jako „ochronę i drogowskaz”. – Nie jestem wolna od błędów, od grzechów, ale wydaje mi się, że mając wytyczoną drogę, nawet gdy zboczę, łatwiej i szybciej trafię na dobry tor.

Swoją wiarę wyrażają poprzez modlitwę i czytanie Biblii.

Uważają, że modlitwa jest podstawową bronią chrześcijanina, a Biblia – najważniejszą z książek. Starają się wpoić te prawdy swoim dzieciom. Chodzą całą rodziną do kościoła. Odpowiadają na pytania dzieci związane z wiarą. Podsuwają im lektury i filmy z chrześcijańskim przesłaniem. Wspólna modlitwa w domu nie zawsze się udaje. Oboje bardzo dużo pracują. Spektakle teatralne są najczęściej wieczorem. Próby – w godzinach dopołudniowych. Dlatego cieszą się z nadchodzących Świąt Wielkanocnych, bo mogą być razem przez kilka dni. – Dla nas szczególnie ważne jest obchodzenie Triduum Paschalnego. W naszej rodzinie obowiązkowy jest też post i obietnice pewnych wyrzeczeń. W Wielką Sobotę idziemy wraz z dziećmi święcić pokarmy. W niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego maszerujemy razem na mszę św. W święta staramy się odwiedzić jednych i drugich rodziców. Jeździmy też do babci, czyli do prababci naszych dzieci. Na raty, bo nasza rodzina jest liczna, a samochód zbyt mały – opowiada Dominika Figurska.

Przekazywanie wiary dzieciom

w przypadku Dominiki Figurskiej i Michała Chorosińskiego odbywa się nie tylko poprzez wspólną modlitwę w kościele i domu czy rodzinne czytanie Biblii. Oboje zawsze chętnie biorą udział w różnego rodzaju akcjach katolickich.

Wspierają m.in. inicjatywę „Wierność jest sexy”. Na pomysł tej akcji wpadli w 2011 r. studenci Uniwersytetu Warszawskiego. Była to reakcja na komedię „Och, Karol 2”, promowaną piosenką Natalii Kukulskiej „Wierność jest nudna”. Symbolem akcji jest palec serdeczny z obrączką, stylizowany na gest w rodzaju „ja wam pokażę”. Palec należy do pomysłodawcy akcji Karola Wyszyńskiego, męża i ojca. Strona inicjatywy na Facebooku ma już ponad 60 tys. fanów. Akcję wspierają, prócz Dominiki i Michała, także dziennikarz Krzysztof Ziemiec, podróżnik Marek Kamiński i zespół Luxtorpeda.

Dominika Figurska angażuje się także w inicjatywy pro-life. Szczęśliwa mama piątki dzieci – będąc w ciąży z czwartym – przeżyła traumę. Ciężarna gwiazda przez pierwsze miesiące ciąży nadal występowała w teatrze, dlatego podczas jednego z wyjazdowych spektakli zdecydowała się na wizytę u ginekologa. Poszła do renomowanej kliniki we Wrocławiu. Lekarz zrobił jej USG i powiedział, że nie ma dobrych wiadomości. W jego opinii dziecko, które nosiła w łonie, miało wadę genetyczną. Lekarz dodał, że może podać ciężarnej aktorce kontakt do specjalisty, który pomoże jej „rozwiązać problem”. Dominika była w szoku, ale nie dopuszczała myśli, że mogłaby pozbyć się swojego dziecka. Miała przed oczami zdrowe córeczki i to umocniło w niej myśl, że pragnie urodzić maluszka. Trzy tygodnie później aktorka wybrała się na wizytę do prowadzącego ją lekarza w Warszawie. Po ponownych badaniach okazało się, że dziecko nie ma żadnych obciążeń genetycznych. Po kilku miesiącach na świat przyszedł synek aktorskiej pary. Józio ma dzisiaj prawie 9 lat i jest zdrowym, dobrze rozwijającym się chłopcem.

– Dzieci są bezcennym darem.

Dają tyle radości, że się zapomina o wszystkich cięższych chwilach. Przy piątym maleństwie towarzyszyło mi naprawdę mnóstwo obaw. Kiedy synek urodził się zdrowy, był to dla mnie kolejny cud – mówi Dominika Figurska. Najmłodszy syn aktorskiej pary urodził się dwa dni po kanonizacji Jana Pawła II. Imiona dostał po papieżu Polaku, który jest dla nich Najwyższym Autorytetem. Dlatego, gdy zwrócono się do nich z propozycją, by zostali ambasadorami Światowych Dni Młodzieży Kraków 2016, nie zastanawiali się ani chwili. – Jak tylko dowiedziałam się, że ŚDM odbędą się w Polsce, zrobiło mi się żal, że już nie zaliczamy się do młodzieży, bo bardzo byśmy chcieli uczestniczyć w tym wydarzeniu. Postanowiliśmy, że wybierzemy się choćby na mszę św. z papieżem Franciszkiem. Tymczasem

dostaliśmy propozycję bycia ambasadorami ŚDM.

To dla nas wielki zaszczyt. Oboje czujemy się pokoleniem JPII. A to przecież Jan Paweł II zainicjował Światowe Dni Młodzieży.

Wybierając ambasadorów, kierowano się zasadą, że mają to być ludzie, którzy swoją postawą życiową oraz dokonaniami zawodowymi świadczą, że „wiara chrześcijańska jest miarą dobrego i kreatywnego życia”. Dla Dominiki Figurskiej i jej męża „dobre życie” oznacza, że żyje się według chrześcijańskich zasad. Kreatywność, że „jest się otwartym na wszystko, co nowe i dobre, ale zawsze w oparciu o te fundamenty”.

Dominika Figurska, znana m.in. z seriali „M jak miłość”, „Ratownicy” i „Na Wspólnej”, debiutowała rolą Ofelii w „Hamlecie” w Teatrze Stu w Krakowie, z którym nadal współpracuje. Od 2001 r. jest związana ze sceną Teatru Polskiego we Wrocławiu. W Warszawie można ją zobaczyć w spektaklu „Boeing, Boeing” w teatrze Buffo. Występowała na scenach teatralnych w Stanach Zjednoczonych, Japonii oraz w teatrach w Europie.

 

Michał Chorosiński grał w filmach „Ogniem i mieczem”, „Starej baśni”, wspólnie z żoną w serialu „M jak miłość”, a także w „Czasie honoru” i „Licencji na wychowanie”. Ostatnio debiutował – z doskonałymi recenzjami – jako reżyser w Bytomiu. W tamtejszym teatrze lalkowym wyreżyserował opery dla dzieci Krzysztofa Pendereckiego do tekstu Ewy Szelburg–Zarembiny. 

 

Milczenie jest złotem, czyli o dyskrecji i zaufaniu

s. Marzena Lata, CMW (salezjanka)

Dzisiaj młodzi najbardziej potrzebują świadectwa życia, stworzenia przestrzeni dyskrecji, z pełną możliwością otworzenia się. Podchodzą do wychowawcy, nauczyciela, po uprzedniej obserwacji jego zachowania, słuchania, jak mówi i co mówi.

Czasami mylnie postrzegamy młodych, obserwując profile społecznościowe, gdzie ich otwartość i wylewność oraz ogłaszanie się z nowymi związkami są zaskakujące. W codzienności są natomiast skonfliktowanymi i zamkniętymi osobami. Ich rzeczywiste ja jest zupełnie inne.

Wypowiedzi dziewcząt utwierdzają w przekonaniu o potrzebie dyskrecji i wołają o nią. „Dyskrecja pomaga mi w pewnych sytuacjach, np. gdy mam problem osobisty i chcę o tym porozmawiać, ponieważ jest mi trudno”. „Dyskrecja daje mi poczucie bezpieczeństwa. Osoba dyskretna wzbudza we mnie zaufanie. Bez dyskrecji nie byłoby zaufania, a bez zaufania nie byłoby dyskrecji. Byłby chaos”. Kochani wychowawcy czytacie wypowiedzi piętnastoletnich dziewcząt, które mają różne sytuacje rodzinne i szkolne. Sama jestem poruszona trafnością i głębią tych wypowiedzi. Przytoczę kolejne. „Dyskrecja pomaga w powierzaniu późniejszych bardzo ważnych dla młodych decyzji”. „Dyskrecja pomaga nam się wygadać, czujemy się wtedy lepiej. I jesteśmy pewni, że to się nie rozniesie”. „Dyskrecja to dla mnie tajemnica, coś czego nie można wyjawić bez względu na cenę, to też kształtuje charakter człowieka”. „To tajemnica, którą zachowuje rodzic, przyjaciel”. „Dyskrecja jest bardzo ważna, czasami nie mówimy czegoś rodzicom, a wolimy porozmawiać z innym dorosłym”. „Dyskrecja chroni każdą rozmowę. Według mnie niewiele osób potrafi ją zachować, czasem w nerwach wszystko wygadują”. „Dyskrecja chroni mnie, gdy mówię rodzicom jakieś wstydliwe dla mnie rzeczy”. „Zaufanie i dyskrecja są niezwykle ważne, to właśnie one budują przyjaźń”. „Dyskrecja jest po to, żeby wygadać się komuś z czegoś, co niekoniecznie chciałoby się powiedzieć pierwszej lepszej osobie”. „Dyskrecja pomaga w załatwianiu trudnych spraw i sytuacji”. „Według mnie dyskrecja i zaufanie między młodymi a rodzicami jest po to, aby wspólnymi siłami rozwiązać problem”.

Czy są sytuacje, w których możemy złamać dyskrecję? Tak, dziewczęta to uchwyciły pisząc, że to nie chodzi o donoszenie, o sprzedawanie itd. Jedna napisała: „Według mnie nie ma sytuacji, w których dorosły łamie dyskrecję i zaufanie, chyba że chodzi o ludzkie życie”. „Są sytuacje, które zagrażają życiu i zdrowiu, które mogłyby zaburzyć komfort życia w społeczeństwie”. „Jeżeli miałoby to pomóc tej osobie, bo ma myśli samobójcze, to wtedy jest to konieczne”. „Tak, powinno się ją złamać, ale tylko w momencie, gdy sytuacja jest naprawdę poważna”. „Są takie sytuacje. Jeśli rodzic widzi, że dziecko ma duże problemy, nie radzi sobie z tym lub chce się zabić. Szczęście i życie dziecka jest dla rodziców najważniejsze. Powinien zgłosić się do kogoś, kto pomoże w tych ciężkich chwilach”. „Jeśli jest to sprawa ważna to rozumiem, ale jeśli od tak czułabym się zła i zraniona”. „Kiedy ktoś zwierzy się, że chce ze sobą skończyć to musimy działać, ponieważ dużo ludzi działa pod presją chwili, a potem może tego żałować”. Ktoś napisał, że najlepszą połową męstwa jest dyskrecja. Męstwo – dar Ducha Świętego, kto wie, że jest mu potrzebne, niech modli się.

Warto również przyjrzeć się synonimom słowa „dyskrecja". Odczytujemy, że dotyczy ono samokontroli, milczenia, subtelności, taktu, wyczucia, delikatności, dyplomacji i prostoty.

Każda dziewczyna jest cudowną tajemnicą, niepowtarzalną, stąd w relacjach nie możemy poruszać się według schematów. Ważne jest jednak, by pamiętać o kilku sprawach:

* Jeśli ktoś spojrzy ci w oczy i powie: „Proszę, nie mów nikomu tego, co ci powiem”, to proszę, wysłuchaj tego tylko wtedy, gdy jesteś dojrzały i zdolny zachować dyskrecję.

* Jeśli nosisz w sercu czyjeś słowa, które stały się kluczem do jego osobistych przestrzeni serca, to szanuj tajemnicę i szanuj tego człowieka.

* Jeśli staniesz się świadkiem (np. niechcący) otwartych drzwi i dowiedziałeś się czegoś o człowieku, co jest jego tajemnicą – szanuj go bardzo, z drżeniem pamiętaj o tym, że to jest jego osobista przestrzeń, nigdy nie wykorzystuj tej wiadomości.

Jeśli staniesz się świadkiem (np. niechcący) otwartych drzwi i dowiedziałeś się czegoś o człowieku, co jest jego tajemnicą – szanuj go bardzo, z drżeniem pamiętaj o tym, że to jest jego osobista przestrzeń, nigdy nie wykorzystuj tej wiadomości.

Kochani, zakończmy zdaniem z Ewangelii: „Ojcze, chcę, aby także ci, których Mi dałeś, byli ze Mną tam, gdzie Ja jestem, aby widzieli chwałę moją, którą Mi dałeś, bo umiłowałeś Mnie przed założeniem świata” /J 17,24 /. Niebo jest dla tych, co mają serca dyskretne i godne zaufania. Każdy bowiem będzie w niebie cieszył się wyjątkową, jedyną i niepowtarzalną relacją z Panem Bogiem. Stąd już dziś dawajmy młodym oparcie w dojrzałych relacjach opartych na zaufaniu i dyskrecji.