Jesteś tutaj

Cristiada w wersji soft

Z kart Listy Bergoglio wyłania się historia racjonalnego duchownego, który nie dyskredytując żadnych poglądów, potrafił zrozumieć panujące w łonie władzy nastroje i unikać bezpośredniej konfrontacji z reżimem.

Przy każdym reżymie Kościół zajmuje stanowisko mało znaczące, które pozwala mu działać możliwie jak najlepiej, pozostając przy swoich wartościach. - uratowany przez kard. Bergoglio pisarz Alfredo Somoza

Jeszcze przed rozpoczęciem lektury Listy Bergoglio zastanawiałem się nad skalą tzw. argentyńskiej „brudnej wojny”, na temat której słyszałem same ogólniki – że prześladowano opozycję polityczną, że mordowano i torturowano niewinnych ludzi, a we wszystkim oczywiście brał udział Kościół Katolicki. Według większości źródeł „zaginęło” (ze wskazaniem na „zostało zamordowanych”) ok. 30 tys. osób, określanych mianem desaparecidos. Sposób mojego rozumowania jest być może dość brutalny jak na chrześcijanina, ale analizując na zimno liczbę ofiar oraz możliwe konsekwencje braku podjęcia tego typu działań, pomyślałem sobie, że może warto było poświęcić te „kilka” ludzkich istnień dla zahamowania procesu rozprzestrzeniania się komunizmu? Może Argentyna byłaby teraz drugą Kubą, a jej obywatele doświadczaliby podobnych represji do tych, które są na porządku dziennym w państwie, rządzonym przez Castro?

Czytelnik, który właśnie zapoznał się z tego typu rewelacjami na portalu katolickim teraz pewnie z niedowierzaniem puka się w głowę i zastanawia się, jak człowiek wierzący może myśleć takimi kategoriami. Pragnę jednak uspokoić – książka wywróciła mój „czarno-biały” sposób postrzegania świata i pokazała, że niezależnie od motywacji życie ludzkie nie jest czymś, czym można szastać na lewo i prawo w imię politycznych interesów, tzw. realizm polityczny – jak najbardziej na poziomie interesów narodowych, ale machiaweliczna zasada „cel uświęca środki” z pewnością nie powinna dotyczyć spraw najważniejszych, czyli życia i godności jednostki ludzkiej. Krótko mówiąc, w moim umyśle skrajnego antykomunisty, pałającego niechęcią do wszystkiego co czerwone i oprócz w Boga wierzącego również w wolny rynek, obudziło się pragnienie sprawiedliwości społecznej, którą to właśnie rewolucja komunistyczna w Ameryce Łacińskiej niosła na swoich sztandarach. Niestety oprócz szczerych chęci wyrównywania szans, lewicowi opozycjoniści w kreowaniu wizji idealnego społeczeństwa kierowali się oczywiście dziełami Marksa. Dobrze, że rewolucja została zatrzymana, ale po lekturze książki jestem daleki od pozytywnego stosunku do działającej za przyzwoleniem USA prawicowej junty wojskowej, która stosowała dokładnie takie same metody, jakie znamy z historii niemieckich i sowieckich obozów koncentracyjnych w naszej części Europy.

Zawsze byłem sceptyczny wobec środowisk lewicowych, czyniących z każdych rządów autorytarnych krwawą, faszystowską dyktaturę. Tym bardziej negatywnie odniosłem się do zarzutów stawianych Kościołowi przy okazji „brudnej wojny”. Fakty przedstawione w książce mówią jednak same za siebie. Dane zebrane w raporcie Nunca mas jednoznacznie wskazują, że pomimo potępienia represji przez Kościół (argentyński Episkopat uznał metody junty za „grzeszne”), część księży wspierała lub milcząco przyzwalała na to, co się działo. Jednym z takich kapłanów był Christian Von Wernich, kapelan policji w Buenos Aires, którego historia była opisywana wielokrotnie przez media. Ciemną stroną Kościoła w tamtych wydarzeniach zajął się m. in. Horacio Verbitsky na kartach książki Milczenie, w której opisuje całą sprawę w sposób jednostronny: według niego Kościół całym swoim sercem wspierał reżim. Jest na szczęście druga strona medalu, ukazująca bliższe, prawdzie stanowisko większości duchowieństwa – wielu księży, na czele z kardynałem Bergoglio, pomagało w ucieczce prześladowanym osobom. W związku z brutalnością reżimu to była jedyna forma walki, na jaką mogli się zdobyć jezuici działający w ścisłej konspiracji. Owa walka, pomimo braku bezpośredniej konfrontacji z rządzącymi, była wyjątkowo niebezpieczna, biorąc pod uwagę fakt, że siedziba zakonników, będąca de facto punktem przerzutowym uciekinierów, znajdowała się zaledwie 200 m od Casa Rosada – miejsca, w którym urzędował prezydent Videla, jeden z trzech dyktatorów reżimu. Warto dodać, że kiedy sytuacja tego wymagała, Bergoglio zdobywał się również na działania dyplomatyczne, mające na celu uwolnienie przetrzymywanych w strasznych warunkach więźniów (współpraca z Watykanem i konsulem Włoch).