Jesteś tutaj

"Don Bosco" - kwiecień 2015

Autor: 
Don Bosco

Kim był człowiek z całunu? Z prof. Aldo Guerreschim, badaczem Całunu Turyńskiego i najwybitniejszym fotografem tej relikwii, rozmowa w najnowszym numerze magazynu "Don Bosco"

W kwietniowym magazynie „Don Bosco” znajdziemy między innymi cztery interesujące teksty:

 

Dwa z tekstów w całości na Tominowina.pl

Kim był człowiek z całunu?

Od 19 kwietnia, w związku z 200-leciem urodzin św. Jana Bosko, po raz drugi w tym wieku wystawiony zostanie Całun Turyński. Z prof. Aldo Guerreschim, badaczem Całunu Turyńskiego i najwybitniejszym fotografem tej relikwii, rozmawia Grażyna Starzak

– Całun Turyński to najdokładniej przebadany obiekt o historycznym znaczeniu. Mimo to wciąż nie ma jasnego wytłumaczenia, w jaki sposób na tym płótnie powstał obraz…

– Całun Turyński badali naukowcy wielu dyscyplin. Włosi pod kierunkiem wybitnego specjalisty – prof. Paolo di Lazzaro – podjęli próbę wykonania całunu. Pracowali nad tym ponad pięć lat. Eksperyment nie udał się. W 1978 r. całun badali naukowcy z USA. Byli wybitnymi specjalistami. Korzystali z doskonałej aparatury badawczej. Prowadzili badania nad całunem przez ponad 100 godzin! Pobrali z niego ponad 2500 próbek, które można badać do dzisiaj. Jeśli tylko ktoś ma kompetencje i odpowiednią aparaturę. Doszli do wniosku, że rany na płótnie są autentyczne, a krew jest ludzka. Stwierdzili, że płótno musi pochodzić z Bliskiego Wschodu, na co wskazują między innymi pyłki roślin z tamtego regionu, i że człowiek owinięty w całun został ukrzyżowany. W pewnym momencie zawiesili badania nad całunem. Powiedzieli, że wrócą do sprawy, jeżeli zostanie wynaleziona jakakolwiek nowa technika badawcza.

– Co nowego wniosły Pana badania nad tą relikwią?

– Moje badania nad płótnem potwierdziły, że są tam cztery rodzaje śladów: ognia, wody, krwi i ciała. Poza tym, odkryłem dwie z wielu tajemnic całunu. Pierwsza, że pojawiają się tam różne odcienie, w zależności od odległości ciała od płótna. Druga polega na tym, że odcisk ciała jest odwrotnie proporcjonalny do odległości ciała.

– Pan, o ile wiem, jest uczniem Giuseppe Enriego…

– To prawda. Zacząłem u niego praktykować mając 15 lat. To było fascynujące doświadczenie, dlatego później kontynuowałem dzieło mojego mistrza, odkrywając m.in., że człowieka z całunu lepiej widać z daleka niż z bliska. Optymalny dystans to od 2 do 4 metrów. Z odległości do jednego metra wizerunek niknie. To również dowód, iż nie jest on namalowany ludzką ręką.

– Jest Pan w grupie badaczy, którzy twierdzą, że wizerunek człowieka z całunu jest trójwymiarowy….

– Wizerunek ma zaledwie 40 mikronów grubości, a jednak ma charakter trójwymiarowy. Żaden malarz nie byłby w stanie – w erze przedkomputerowej - uzyskać takiego efektu. Trzeba było czekać aż do lat siedemdziesiątych ub. wieku, żeby wyjaśnić tę kolejną zupełnie niepowtarzalną cechę płótna. Intensywność obrazu okazuje się bowiem odwrotnie proporcjonalna do odległości między ciałem a płótnem. Tam, gdzie ciało znajdowało się bliżej, intensywność okazuje się większa niż w miejscach, gdzie ciało pozostawało w większej odległości, stąd miejsca te są jaśniejsze. Odkryto więc, że odbicie zawiera niejako bazę danych, której każdy punkt przedstawia odległość ciała od płótna. Opierając się na tej obserwacji, wielu badaczy uzyskało trójwymiarowe obrazy, które okazały się również kolejnym dowodem autentyczności samej postaci, gdyż ujawniały rozmaite szczegóły wymykające się wizerunkowi dwuwymiarowemu.

– Całun Turyński badali różni naukowcy: wierzący i niewierzący, przedstawiciele wszelkich możliwych rodzajów nauk. Używali laserów, izotopów, supernowoczesnych technik. Które z tych badań wydają się najbardziej wiarygodne?

– Wszystkie są bardzo ważne, bo wszystkie wnoszą coś nowego do badań nad Całunem Turyńskim. Wszystkie badania mają pomóc zrozumieć nam, kim był człowiek z całunu, lecz tak naprawdę nigdy nie poznamy ostatecznej odpowiedzi na to pytanie. Zawsze pozostanie procent niepewności, że mogło chodzić o innego człowieka, który cierpiał w dokładnie taki sam sposób. Stosunkowo rzadko mówi się o badaniach ściśle medycznych, a to jest bardzo ciekawy fragment badań nad Całunem Turyńskim. Badacze śladów krwi na tym płótnie dowiedli, że człowiek z całunu miał grupę krwi B, bardzo bogatą w bilirubinę, o wiele bardziej niż wynosi norma. Bilirubina kumuluje się we krwi wtedy, gdy człowiek bardzo cierpi. To jest dowód, że człowiek z całunu bardzo cierpiał. Co ciekawe, pod śladem krwi nie ma odcisku konkretnej części ciała, czyli najpierw pojawiła się krew, a dopiero potem odcisk. Uczeni, badacze, nie potrafią tego zjawiska wytłumaczyć. W tym wszystkim jest jedna rzecz, wobec której nauka jest bezradna i nie potrafi jej wytłumaczyć – to zmartwychwstanie. Ciało, które owinięte było całunem, miało „wyrzut” energii, której po ludzku nie da się zidentyfikować. Ciekawostką jest też fakt, że na płótnie najpierw znajduje się ślad krwi, a dopiero później ciała. W normalnym przypadku powinno być odwrotnie.

– Jezus zapytał swoich apostołów, za kogo Go uważają. Człowiek z całunu zdaje się powtarzać to pytanie, zadając go nam, współcześnie żyjącym…

– On jakby chce ponownie pokazać siebie, kim jest. Być może to pytanie jest konieczne dla ludzi XXI wieku, a całun jest ostatnim, namacalnym wymiarem miłości Boga do człowieka.

* * *

Całun Turyński jest przechowywany w kaplicy Świętego Całunu katedry pw. św. Jana Chrzciciela w Turynie. Bardzo rzadko jest wystawiany na widok publiczny. W tym roku – w dniach 19 kwietnia – 24 czerwca – ponownie będzie okazja do obejrzenia go. Na oglądanie całunu – jest ono bezpłatne – zapisało się ponad milion osób. W Turynie, gdzie znajduje się ta cenna relikwia, od początku tego roku trwają obchody 200. rocznicy urodzin św. Jan Bosko. Z obu tych okazji Turyn odwiedzi 21 czerwca br. papież Franciszek. Metropolita turyński abp Cesare Nosiglia zapowiedział, że Towarzystwo Salezjańskie i duszpasterstwo młodzieży archidiecezji turyńskiej opracowały wspólny program w sprawie przyjęcia młodych ludzi w czasie wystawienia całunu, a zwłaszcza pobytu w mieście Ojca Świętego. W programie są modlitwy, chwile refleksji i oczywiście wspólne świętowanie.

Chusta z Manoppello
Prócz całunu z Turynu znamy kilka innych relikwii, które przechowywane od wieków są otaczane szczególną czcią wiernych. Jednym z najcenniejszych jest Chusta z Manoppello. To welon o wymiarach 17 na 24 cm, na którym znajduje się wizerunek twarzy zmartwychwstającego Chrystusa. Od 20 lat wielu wybitnych naukowców podejmowało się trudu wszechstronnych badań tajemniczej relikwii Oblicza Chrystusa z Manoppello. Ich wyniki są jednoznaczne. Obraz ten powstał w niewytłumaczalny dla nauki sposób. Wieloletnie badania Chusty z Manoppello, które zainicjowała przed 20 laty specjalistka od ikon – zakonnica Blandina Paschalis Schlömer, zainteresowały innych naukowców i w efekcie doprowadziły do zaskakującego odkrycia, że martwe oblicze z Całunu Turyńskiego i żyjąca twarz z Manoppello to ta sama osoba. Wizerunki tych dwóch twarzy dokładnie do siebie pasują.

 

 

Piotr Wyszomirski: Boskiej opieki doświadczam cały czas


Grażyna Starzak

Dlatego staram się dawać świadectwo, że warto wierzyć, warto się modlić i warto żyć według przykazań, bo wtedy życie jest łatwiejsze – mówi bramkarz polskiej reprezentacji w piłce ręcznej.

Ma 27 lat. Prawie dwa metry wzrostu. W styczniu tego roku Piotr Wyszomirski został idolem polskiej młodzieży. Po tym, jak doskonale spisał się jako bramkarz reprezentacji Polski w piłce ręcznej na mistrzostwach świata w Katarze. Pytany, jakie czynniki zdecydowały, że Polacy zdobyli tam brązowy medal, odpowiedział na swoim profilu na Facebooku. Można tam przeczytać, że na sukces naszych piłkarzy, i osobiście Piotra, złożyła się ciężka praca, dobra atmosfera w zespole i to, że piłkarze „szukali inspiracji w Bogu”.

Rodzina

Piotr Wyszomirski pochodzi z religijnej, kochającej się rodziny. Mieszkają w podwarszawskim Wilanowie. Mama Piotra pracuje w sklepie spożywczym. Tata jest stolarzem. Ma jedną siostrę. Dwa lata starszą od niego. Wszyscy są bardzo zżyci ze sobą. Do dzisiaj pamięta, jak był zestresowany, gdy przed laty dostał propozycję pójścia do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Gdańsku i musiał opuścić rodzinny dom.

– Miałem wówczas 16 lat – wspomina tamten okres. – Z jednej strony bardzo chciałem się uczyć w tej szkole. Wiedziałem, że to szansa, żeby coś osiągnąć w piłkarstwie ręcznym. W Warszawie nie ma żadnego klubu na wysokim poziomie, z ekstraklasy. Powiedziałem tacie, że wyjeżdżam do Gdańska. On na to, że nie ma mowy, że nie dopuści do tego. Jednak później, po długich rozmowach, zgodził się. Potem, gdy zbliżał się termin wyjazdu, ja zacząłem „pękać”. Do Gdańska pojechaliśmy razem z tatą. Mieliśmy tylko porozmawiać z dyrektorem i trenerem. Tymczasem oni myśleli, że my już podjęliśmy decyzję, że ja już tam zostanę. Trener, zdziwiony, pytał, gdzie mam torbę z rzeczami. Mówię do taty, że chyba nie ma już odwrotu. Skinął głową na znak, że zgadza się ze mną. Do dzisiaj mam przed oczami tatę, jak żegna się ze mną. Kiedy wychodził z bursy, gdzie miałem mieszkać, coś się we mnie na moment załamało. To było straszne przeżycie. Jak to wspominam, za każdym razem się wzruszam. Tata też, ale zaraz dodaje, że jest ze mnie dumny…

Pierwszy trener

Piotr Wyszomirski podkreśla, że zainteresowanie piłką zawdzięcza ojcu. – Tata bardzo chciał, żebym został piłkarzem – zwierza się. – Grałem w nożną, bo on też w młodości kopał piłkę. Razem chodziliśmy na mecze. Można powiedzieć, że tata był moim pierwszym trenerem. W Wilanowie była szkoła z klasą sportową, ale o profilu „piłka ręczna” i „pływanie”. To tata zdecydował, że tam pójdę. Zgodziłem się. I tak to wszystko się zaczęło. Od tej klasy sportowej właśnie.

Na początku grał „w polu” – jak mówią piłkarze. Rzucał celnie. Zdobywał najwięcej punktów. Po trzech latach doszedł do wniosku, że jednak chciałby zostać bramkarzem. Powiedział o tym trenerowi. Ten odparł, że ma strzelać gole, a nie stać na bramce. – Przekonałem go tym, że nie pojechałem na jeden mecz i w ten sposób postawiłem na swoim – mówi Piotr Wyszomirski.

Nie, nie jest uparty, ale podświadomie czuł, że to jest właśnie jego miejsce. Udowodnił to do dzisiaj wiele razy. Przypieczętował brązowym medalem mistrzostw świata.

Wszyscy komentatorzy zgodnie podkreślają, że kluczem do osiągnięcia znakomitego wyniku Polaków w Katarze była żelazna gra w obronie, wola walki oraz świetna atmosfera w drużynie. Teraz, gdy emocje już opadły, Piotr Wyszomirski wskazuje na jeszcze jeden czynnik, który pomógł biało-czerwonym w wywalczeniu medalu. – Pewnie nie wszystkim, bo nie każdy musi szukać inspiracji w Bogu, ale sporej części na pewno tak. Ten czynnik to wiara – mówi Piotr Wyszomirski, dodając, że przed każdym meczem uczestniczyli we mszy św. Przewodniczył jej ks. Edward Pleń, salezjanin, duszpasterz sportowców, którego oni uważają za swojego przyjaciela. – Nasza wiara chrześcijańska jest jedyną i prawdziwą drogą życia. Tak mnie ukształtowali, wychowali moi rodzice. Jako dorosły człowiek mogę powiedzieć, że jestem im wdzięczny za to – kontynuuje Piotr.

Warto się modlić

Zdaje sobie sprawę, że w życiu dzisiejszej młodzieży wiele zmienił komputer, dostęp do Internetu. – Te wszystkie środki techniczne, nowe technologie powodują, że zapominamy o Bogu. Wciąż wielu z nas mówi, że wierzy w Boga, ale nie chodzi do kościoła, nie praktykuje. Tym młodym ludziom chciałbym zadać pytanie, czy kogoś, kto nie żyje według reguł naszej wiary, nie przyjmuje komunii świętej, nie modli się, można nazwać chrześcijaninem? Odpowiedź jest w każdym z nas. Gdzieś tam w środku musimy znaleźć trochę czasu na refleksję w tym zapędzonym świecie. Czasu dla Boga, żeby móc sobie odpowiedzieć na te czy inne pytania.

Piotr Wyszomirski raz jeszcze podkreśla, że wiara w jego życiu jest czymś bardzo ważnym. Przypomina moment, gdy wyjechał z domu rodzinnego do Gdańska. – Rozłąka z rodzicami była okropna. Jednak wiedziałem, że jest Ktoś, kto mi pomoże, a tym Kimś jest Bóg. To jest ogromne wsparcie. Bóg mi wiele razy pomógł w życiu. Boskiej opieki doświadczam cały czas.


Dlatego staram się dawać świadectwo, że warto wierzyć, warto się modlić i warto żyć według przykazań, bo wtedy życie jest łatwiejsze. Piotr wyznaje, że podczas zgrupowań kadry rozmawiał na ten temat ze Sławkiem Szmalem, który też jest człowiekiem wierzącym. – Mówił mi, że jemu także wiara pomaga w życiu. Przyznaje to otwarcie w wywiadach prasowych i telewizyjnych. Podobnie jak bokser Tomasz Adamek i inni sportowcy. Warto dawać publiczne świadectwo wiary, bo ostatnio w mediach ludzie wierzący, duchowni, Kościół są często pokazywani w złym świetle.

Wybrał Aleksandrę

Po zakończeniu mistrzostw świata w Katarze wszyscy pytali Piotra Wyszomirskiego o plany na przyszłość. Zdradził je tylko wysłanniczce „Don Bosco”. Okazuje się, że nadal zamierza grać w węgierskim Szegedzie. Kilka lat temu podpisał kontrakt z tamtejszą drużyną - Pickiem Szeged. W tym pięknym mieście ma wraz z żoną Aleksandrą wygodne mieszkanie.

Żona Piotra, absolwentka kierunku administracja państwowa, jest na razie gospodynią domową. Bywa na meczach, komentuje grę męża. Trzyma za niego kciuki i modli się, bo tak jak Piotr jest bardzo religijną osobą. Oboje przyznają, że kochają dzieci, ale na razie nie planują potomstwa. W ub. roku, tuż przed Bożym Narodzeniem, Piotrowi udało się zdobyć licencjat w Wyższej Szkole Trenerów Sportu. W przyszłości planuje kontynuować studia w warszawskiej AWF.

Aleksandrę poznał sześć lat temu w Puławach. W pierwszym roku swojego pobytu w tym mieście. Był tam bramkarzem w drużynie „Azotów” Puławy. Od razu wpadła mu w oko. Wiotka blondynka o pięknym uśmiechu i dużych, niebieskich oczach miała wielu adoratorów. Jednak serce zabiło jej mocniej dopiero, gdy poznała Piotra. W lipcu ub. roku wzięli w ślub. W Puławach, skąd pochodzi Ola. Na ceremonii ślubnej pojawili się koledzy z dawnego klubu Piotra – Grzegorz Gowin oraz Michał Szyba. Do Puław przyjechał również najlepszy polski bramkarz i jednocześnie kolega Wyszomirskiego z reprezentacji – Sławomir Szmal. Komentatorzy sportowi piszą, że Piotr Wyszomirski od lat pozostaje nieco w cieniu Szmala, kapitana reprezentacji Polski. Ale zaraz dodają, że każdy zainteresowany piłką ręczną wie doskonale, że bez Piotra, bramkarza naszej reprezentacji, sukces Polaków w mistrzostwach świata w Katarze byłby niemożliwy. I że Wyszomirski spisywał się nie gorzej od Sławka, bardziej utytułowanego kolegi, szczelnie „murując” polską bramkę.

Będzie jak w Katarze?

Piotr czyta i słucha tych komentarzy z rozbawieniem, bo, jak twierdzi, Sławek Szmal to jego najlepszy przyjaciel. – Dopasowaliśmy się charakterami. Katarski sukces umocnił silną więź między nami. Myślę, że wszyscy – mam na myśli całą reprezentację – jesteśmy ze sobą zgrani. To jest podstawą dobrej atmosfery w zespole – mówi Piotr Wyszomirski.

Goście, którzy tłumnie zjechali na ślub Piotra i Aleksandry, gratulowali piłkarzowi pięknej żony i sportowych sukcesów. Trzy tygodnie przed swoim ślubem doskonale spisywał się między słupkami naszej bramki w meczu Niemcy – Polska. Na parkiecie w Magdeburgu „Wyszu” – jak nazywają go koledzy – grał fenomenalnie. Między innymi dzięki postawie bramkarza Polska po raz drugi pokonała Niemców i zakwalifikowała się do mistrzostw świata w Katarze.

Z Piotrem Wyszomirskim rozmawiam tuż przed jego wyjazdem do Szegedu. Za kilka dni na Węgrzech mają się rozpocząć rozgrywki klubowe – Liga Mistrzów. „Wyszu” nie może się już doczekać. Mówi, że przy boskiej pomocy da z siebie wszystko. Chce w ten sposób podziękować Węgrom, którzy kibicowali mu w Katarze. A po zakończeniu mistrzostw świata zamieszczali na Facebooku gratulacje i zdjęcia z dekoracji Polaków.

Piotr Wyszomirski myśli też już o mistrzostwach Europy 2016 w piłce ręcznej. Jaki wynik byłby dla niego satysfakcjonujący? – To trudne pytanie – odpowiada. – Mam nadzieję, że będzie tak jak w Katarze, gdzie rozkręcaliśmy się z meczu na mecz i najlepszą formę pokazaliśmy w fazie pucharowej.