Jesteś tutaj

Krew i Ziemia. O ukraińskiej rewolucji

Autor: 
Wydawnictwo Fronda

Krew i ziemia przedstawia Ukrainę z perspektywy innej niż hotelowy balkon w centrum Kijowa. To opowieść o krwi przelewanej za godność, wolność i w obronie ziemi. O kraju, który znalazł się na krawędzi wojny totalnej.

Opisana tu wojna nie toczy się jedynie na Wschodzie. Trwa wewnątrz samych Ukraińców. Krew i ziemia to opowieść właśnie o nich, a także o:

  • gwałtownym poszukiwaniu tożsamości narodowej w kraju zrzucającym z siebie jarzmo postkomunizmu i sowiecką przeszłość;
  • czerwieni i czerni – barwach sztandarów Ukraińskiej Powstańczej Armii, które od początku rewolucji na Ukrainie budzą lęk i obawy Polaków;
  • krwi przelanej za wolność, godność i ziemię, której przyszło bronić przed inwazją ze wschodu;
  • ludziach Majdanu.

Krew i ziemia to historie z Ukrainy od Zakarpacia do Donbasu. Przedstawiamy Ukrainę, jakiej nie znajdziecie w mediach.

“Artur nie zdążył się schronić. Pomagał rannym, wynosił zabitych. W końcu gumowa kula dosięgnęła jego twarzy. Był jedną z wielu osób okaleczonych właśnie w taki sposób. Na rogu Szelkowicznej i Instytuckiej, kiedy w ruch poszła kostka brukowa, majdanowcy przerwali kordon Berkutu. Siły rządowe tłukły z gumowych kul, a powietrze przecinały koktajle Mołotowa.”

O autorze

Rocznik 1983. Urodzony w Krakowie. Z wykształcenia kulturoznawca. Dziennikarz, reporter, publicysta. Popularyzator twórczości Józefa Mackiewicza.
W latach 2011-2014 dziennikarz „Gazety Polskiej Codziennie”. Na stałe związany ze środowiskiem „Gazety Polskiej”, członek redakcji kwartalnika „Fronda”. Jego teksty ukazywały się m.in. w węgierskim „Magyar Hírlap”. Prywatnie wciąż między Krakowem, Kijowem, Warszawą i Budapesztem. Wiecznie niezadowolony kibic Cracovii, antykomunista i kontrrewolucjonista. Ma kota Marka (Gniewka).

Fragment książki

Kijowska junta idzie po władzę

Jest sobotni wieczór. Wymogi ciszy wyborczej oprócz zakazu prowadzenia kampanii wymagają od kandydatów, by pozrywali wszystkie plakaty i usunęli bannery. Strzępy obietnic powiewają więc na mroźnym wietrze. Do miasta przyjechało tymczasem 150 członków Samoobrony Majdanu. Oficjalnie mają pilnować wyborów. (...) Wraz z niedzielnym porankiem dochodzą do nas informacje o „tituszkach”. Chuligani znani z organizowania prowokacji na Majdanie mieli pojawić się w Czerkasach w (nie)wiadomym celu.

– Planowali zerwać wybory. Rano zadzwonił do nas czerkaszczanin, że na ulicy Kijowa w kawiarni Retro znajduje się 40 „tituszek” – mówi nam umundurowany Gabrow. – Zatrzymaliśmy ich i wezwaliśmy policję. Zostali wylegitymowani i usłyszeli, że jeśli będą usiłowali zakłócić wybory, grozi im kryminalna odpowiedzialność do pięciu lat więzienia – dodaje kandydat na deputowanego.

Tymczasem z całego kraju dochodzą sygnały o incydentach. W jednym z okręgów ostrzelano zaparkowany obok lokalu wyborczego samochód. Gdzie indziej kamienie trafiły w pojazd kandydatów bloku Petra Poroszenki. Dużo gorzej jest na wschodzie. W rejonach działań prorosyjskich separatystów Ukraińcom zapowiedziano, że za udział w wyborach grozi kara śmierci.

Wspólnie z Fonfarą dokumentujemy przebieg wyborów w miejscowym domu kultury Pałac Narodów. To budynek wyremontowany za pieniądze miejscowych Azotów, o czym przypominają neony i szyldy. Jakby ktoś zapomniał, właścicielka Azotów też startuje do Rady Najwyższej.

Tylko w tej komisji spotykamy kilkunastu międzynarodowych obserwatorów. Mimo to szef lokalu przekonuje nas, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Jurij Aleksewicz, bo tak się przedstawia, o naruszeniach demokracji nic nie słyszał, opowiada za to, że u niego w komisji głosować będzie 12 przesiedleńców ze wschodu.

– Są z Ługańska – chwali się.

– Głosowałam na Poroszenkę – przekonuje tymczasem Ludmiła Aleksieja Wiczenka, stateczna mieszkanka Czerkas. – Podczas wyborów prezydenckich też za nim byłam. Lubimy go tu i cenimy – dodaje i już po chwili wpada w słowotok: – Co dzień modlę się o koniec wojny, by Ukraina stała się europejskim, nieskorumpowanym krajem. I aby Krym do nas wrócił. Rano się modlę i wieczorem – zapewnia przed kamerą Republiki.

– Na Ołeha Tiahnyboka! Na Swobodę – z całą rodziną! – wykrzykuje za to wiekowy mężczyzna, gdy częstujemy się papierosami przed wejściem do lokalu, pytając o jego głos. Pokazuje trzy palce – symbol partii nacjonalistów. Gdy pytam o konkrety, niczego się nie dowiaduję. Jednak wojna przebija z każdej rozmowy. Podobnie Krym i walka o Donbas. Ale nie tylko.

– Pierwszy wymóg: lustracja – mówi kilkudziesięcioletni Aleksander, gdy po odejściu od wyborczej urny słyszy moje pytanie, czego teraz oczekuje. Jak przekonuje Gabrow, mało kto na pierwszym miejscu litanii wyborczych życzeń wymienia standardowe socjalne postulaty.

Tuż po zamknięciu lokali trafiamy do obwodowej komisji wyborczej. Tu na wyniki wyborów oprócz lokalnych dziennikarzy i obserwatorów czekają także członkowie Samoobrony, Prawego Sektora i nacjonaliści z Batalionu „Azow”. Gdy pojawiają się wyniki, Gabrow jest rozdarty. Fotel z mandatu jednookręgowego zdobył kandydat związany z „lubianym i cenionym” Petrem Poroszenką. Nie udało się też dyrektorce Azotów, która w kampanii wyborczej szarpnęła się nawet na zakup trolejbusów dla miasta. Są jednak i dobre informacje. Front Ludowy idzie jak burza i wygrywa wybory.

– To prawdziwe zwycięstwo „kijowskiej junty” – śmieją się moi rozmówcy, nawiązując do rzucanych pod adresem Majdanu oszczerstw obalonego Wiktora Janukowycza.