Jesteś tutaj

Totalitaryzm kopulacyjny

recenzja książki „Pułapka gender” M. Nykiel

Książka Marzeny Nykiel uświadamia czytelnikowi, że pomimo faktu, iż żyjemy w państwie demokratycznym, cały czas mamy do czynienia z próbą narzucenia nam pewnej formy totalitaryzmu.

W ostatnich miesiącach słowo gender robi oszałamiającą karierę w mediach. Do nieustannie toczonych sporów o aborcję, eutanazję, związki partnerskie i legalizację marihuany polityczni adwersarze z lewa i z prawa dodali dyskusję na temat tożsamości płciowej człowieka. Do niedawna wydawało się, że o ile w przypadku wymienionych wyżej spraw można mówić o różnicach światopoglądowych będących konsekwencją posiadania lub nie tzw. chrześcijańskiego kręgosłupa moralnego, o tyle w przypadku definiowania płci wszystkich łączy względny kompromis – wszakże różnice fizyczne są widoczne i jasne dla wszystkich.

Orędownicy gender w tej chwili łatwo mogliby posądzić mnie o nierozróżnianie podstawowych pojęć rządzących ich teorią. Tak, tak – płeć biologiczna to jedno, a tzw. płeć kulturowa to według nich drugie. Gdyby oczekiwana przez nich rewolucja sprowadzała się tylko do, jak mówią, równouprawnienia w odgrywaniu ról społecznych (do tego przecież sprowadza się „fenomen” bakla na Filipinach czy muxe w Meksyku – mężczyźni wchodzą w role kobiet) nasz „ciemnogród” mógłby spać spokojnie – cywilizacja europejska, faworyzująca na szczęście cały czas siłę biologicznej płciowości (używając tego określenia, czuję się, jakbym padł ofiarą genderowej nowomowy...) jest zbudowana na solidnym fundamencie, którego chyba nie jest w stanie podważyć grupka furiatów niepotrafiących zaakceptować porządku tego świata. Ideologia gender godzi jednak w najdelikatniejszą sferę emocjonalną człowieka – seksualność, która według gender zwolenników winna zostać przeprogramowana w kierunku totalnego zezwierzęcenia (potrzeba –> natychmiastowe zaspokojenie). Wspomniana rewolucja nie polega zatem tylko na umożliwieniu ludziom robienia tego, co im się żywnie podoba, bo to już przecież mogą. Ludzie przesiąknięci lewicową ideologią dążą do narzucenia większości swoich pomysłów na funkcjonowanie całego społeczeństwa, którego podwaliny można zniszczyć poprzez kontrolowanie człowieka siłami popędu (pisze o tym Michael Jones w książce Libido dominandi) – to jest realny problem z gender: nie sam fakt istnienia osób o takich czy innych przekonaniach, ale próba wprowadzenia dyktatury mniejszości, która godzi w wolność nas wszystkich. Ale właściwie... czy tego wszystkiego nie było już wcześniej?

 

To prawda, nie mamy do czynienia z niczym nowym – uświadamia nam to w swojej książce Marzena Nykiel. Wychodząc od założeń marksizmu, przez atak na rodzinę, rewolucję seksualną, przekłamane badania Margaret Mead i Alfreda Kinseya, seksedukację i taktykę ukrytej wojny autorstwa Sun Tzu (w kontekście demoralizacji i rozluźniania więzów społecznych), a kończąc na wielkim marszu przez instytucje (rewolucja przeprowadzana odgórnie), autorka kreśli obraz wąskiej grupy ideologów, która co najmniej od końca lat 60-tych XX w. za wszelką cenę stara się wprowadzać w życie swoje szkodliwe pomysły. Brzmi jak teoria spiskowa? Przed zakończeniem lektury myślałem dokładnie w ten sam sposób. Okazuje się jednak, że podane przez Nykiel fakty, poparte przypisami, jasno wskazują, że działania zwolenników gender prowadzą do świadomego zideologizowania przez nich wielu sfer życia społecznego – wystarczy przeczytać rekomendowany przez WHO dokument Standardy edukacji seksualnej w Europie czy zapoznać się z ustaleniami Szczytu nt. Planowania Rodziny w Londynie (2012), podczas którego David Cameron stwierdził, że antykoncepcja jest – uwaga – kluczem do demokracji. To tylko dwa przykłady działań przeprowadzonych przez organizacje międzynarodowe i pozarządowe, które roszczą sobie prawo do wypowiadania się w imieniu całych społeczeństw. Nikt nie zwraca uwagi na to, że ludzie życzą sobie czegoś zupełnie innego.